— Ha! Być może! Ale cóżem ja temu winien?

— Tyś nie winien — rzekł dziadek — i nikt z nas nie winien. Ale niechże się ma na baczności ten, który winien! Ja wiem, gdzie go szukać, a kiedy znajdę!... Stary jestem i obydwiema nogami stoję już w grobie!... ale kiedy go znajdę!... — wołał dziadek, trzęsąc się cały i zaciśniętą pięść prawą podnosząc do góry, ale ja go wstrzymałem, mówiąc:

— Niech się jegomość nie irytuje; przy boskiej pomocy wszystko się to zrobi, jak przynależy, a chybaby już żadnej cnoty w ludziach nie było, żeby nam nie pomożono w tym razie.

— Daj no pokój! — przerwał mi starzec, uspokajający się już cokolwiek. — Wiem ja, co liczyć na kogo. Szlachta oszmiańska była mi ojcem niegdy i opiekunem opuszczonej fortuny; potrafi ona być mi dziś bratem i pomocnikiem. Więc słuchaj mnie, wasze. Córkę moją wykradł Ignacy i zawiózł ją precz do siebie, aż na swój zamek. Pan Strzemeski, który trzyma Strzegocice od mojej córki, pędził za nim zaraz nazajutrz i nie dopędził go wprawdzie, ale po drodze odpytał. Bryką i wozem, zaprzężonymi po cztery konie, popędził on przez Pilzno ku Mielcowi. Na razie można mu było zabiec drogę i odbić, bo nie miał, tylko pięciu ludzi trochę uzbrojonych przy sobie, ale dzisiaj już nie ma co myśleć o tym. Musi on być już gdzieś koło Lublina, bo to psimi drogami popędziło to licho. Nie ma więc innej rady, tylko trzeba jechać za nim. Ja tam mam wioskę w jego sąsiedztwie, mam ludzi przychylnych, całą szlachtę znajomą i kochającą, jest więc punctum oparcia się. Ale ja nie pojadę tędy, bom ja już stary i słaby, i niezaradny w podróży; ja pojadę za gościńcem na Kraków, na Warszawę, na Grodno. Przyjadę o kilka dni później wprawdzie, ale tym pewniej, a przez ten czas mam nadzieję, że ją tam Pan Bóg będzie miał w swojej opiece. Zresztą, jedzie Zosia ze mną, jakże mi się puszczać na małe drogi?

— A panna Zuzanna?

— Panna Zuzanna zostaje z panią Strzemeską na gospodarstwie w Źwierniku. Nie bardzo tego potrzeba, bo któż wie, kiedy powrócimy, ja pewno już nigdy, ale kiedy jechać nie chce, to cóż jej zrobię?

— Pewna to — rzekłem — że trudno przymusu używać, ale widzi mi się, że kiedy państwo wyjeżdżacie, to już lepiej by, ile możności, zabrać się ze wszystkim. Kto wie, jak tam długo posiedzieć wypadnie? A jeżeli tu chodzi o jmć pana Konopkę, toż przecie konkurent...

— Ale gdzie tam! Konopka sam chce jechać z nami, ona nie chce. Niechże sobie siedzi. Więc słuchajże. Kiedyś tak dobry, że się ofiarujesz jechać z nami, to jedź. My dziś wyjeżdżamy na noc do Koszyc, do Konopki, gdzie on już dziś rano wyjechał, aby nam nocleg przyrządzić, jutro bowiem zawczasu chcemy być w Krakowie i zapewne cały dzień tam zabawimy; więc ty jedź z nami do Tarnowa, stamtąd sobie wyszlij kogo do domu, abyś jakoś na ten czas gospodarstwem zarządził i przez to straty jakiejś nie cierpiał, a potem nas dopędzisz gdziekolwiek na drodze albo i w samym Krakowie.

— Hm! Boże mój! — rzekłem na to. — Ja tu ani koni nie mam takich ze sobą, ani powozu, ani Węgrzynka... A! No! Jakoś to będzie; niech jegomość będzie spokojny.

To rzekłszy, wybiegłem do Zosi spytać się o mojego Węgrzynka. Ale ku wielkiemu zdziwieniu dowiedziałem się, że był, ale dwa dni jeszcze przed owym pani stolnikowej nieszczęściem wziął kartkę wieczorem i miał zaraz odjeżdżać. Więc ja, niezadowolony tą wiadomością, a wiedząc o tym, że ogrodnik miał być wtajemniczony w tę całą sprawę, pobiegłem do niego, ale i tam jeszcze nie dowiedziałem się nic takiego, co by mnie choć na domysł jego dotychczasowego zniknienia naprowadzić było mogło. Ogrodnik bowiem tylko potwierdził to, co mi powiedziała Zosia, dodając, że ile jemu się zdaje, pan Mighaza musiał pojechać na Tarnów, bo się bardzo uskarżał na małe drogi, że były złe i bardzo błotniste. Tak tedy, pozbawiony najwierniejszego sługi mojego i nie mając nawet czasu do namyślenia się nad sposobami odszukania, musiałem pobiec na powrót do dziadka, którego już ubranego w szubę i żegnającego się z domownikami zastałem w ganku.