— Mój Nieczuja — rzecze on do mnie — wszystko już gotowe, jeno na ciebie czekamy.
— Jam także gotów — odpowiedziałem, bo moje konie już także zaprzęgnięte stały przed oficyną.
— Niechże Zosia jedzie sama z służebną, a ja siądę do twego wózka; będziemy z sobą rozmawiać przez drogę.
Tak tedy Zosię wsadziliśmy do powozu, a sami, pożegnawszy się z Zuzią i z panią Strzemeską, pozostającą z łaski swojej na gospodarstwie w Źwierniku, i oddawszy dom ten nieszczęśliwy Panu Bogu w opiekę, ruszyliśmy w drogę. Tamci trzej panowie, smutni i cale skonsternowani, to pani stolnikowej nieszczęściem, to zimnym i obojętnym ich przyjęciem przez dziadka, wlekli się jakie pół mili za nami, a nareszcie, znudzeni powolnością podróży naszej, minęli nas i zniknęli nam z oczu.
Ja zaś, wrzeszcząc przez całą drogę każde słowo dziadkowi w ucho, że aż mi gardło ochrypło, tak się z nim umówiłem, aby kontynuując swoją podróż, cale się nie zatrzymywał przeze mnie i nie uważał na to, gdzie i kiedy z nimi się zjadę.
— Że się z wami zjadę — powiadałem dziadkowi — to pewna, ale teraz nie umiem miejsca oznaczyć, bo przyznam się jegomości, że bez koni i sługi, a nawet bez potrzebnych do tego pieniędzy, że nie wspomnę już o pozostawionym tak na bożą opiekę gospodarstwie, w tak daleką podróż puszczać się nie mogę, tym też bardziej, że mając całą prawie fortunę w domu i w gotowiźnie, kiedy by jeszcze i tego chciało nieszczęście, mógłbym z Oszmiany wrócić do czterech węgłów i wiekuistej golizny. Jedź zatem, jegomość, spokojnie i bez żadnej przerwy, a ja czy dzień, czy dwa dni jeszcze się zabawię w Tarnowie, to zawsze was na gościńcu między Krakowem a Warszawą dogonię.
Tak powiedziałem dziadkowi, ale kiedy mi się przyszło z nim, a osobliwie z najdroższą i przez łzy na mnie patrzącą Zosią pożegnać w Tarnowie, to mi się strasznie duszno zrobiło około serca, bo mnie z jednej strony miłość, z drugiej obowiązek kawalerski, a z trzeciej obowiązek dla mojej fortuny w takie wzięły obroty i na tak niebezpieczny szańc wystawiły sumienie moje, że trzeba było prawdziwej łaski bożej, abym cały wyszedł z tej fatalnej okazji.
Jednakże za pierwszym postępując natchnieniem i cale nie czekając na to, czy mi się gdzieś przypadkowo nie wynajdzie w Tarnowie Węgrzynek, zaraz tej nocy jeszcze pchnąłem Żydka najętego konnym wózkiem do siebie z takim do podstarościego rozkazem, aby mi natychmiast na dzień i noc przysyłał cztery konie, pakowny karabon, sukni i bielizny, co trzeba, i szkatułkę podróżną, w której było tysiąc czerwonych złotych. To uczyniwszy, trochę spokojniejszy położyłem się spać w lichej, jak zwyczajnie u nas, gospodzie.
VI
Owóż wyprawiwszy onego Żydka do Bóbrki i cale uspokojony tym zaradzeniem sobie a pewny, że już bez żadnej przeszkody będę mógł przedsięwziąć oną, tyle dla mnie ważną i obiecującą podróż na Litwę, wstawszy drugiego dnia rano, znalazłem się rzeźwym i silnym, i w dobrej fantazji. Więc ubrawszy się prędko, zarzuciłem na siebie szubę i zamiast szabli, na którą u nas już niechętnym okiem patrzano po miastach, wziąwszy tylko dobrze okuty czekanik do ręki, szedłem na mszę św. do franciszkańskiego kościoła.