A działo się to jakoś dni kilka po środopoście i wszędzie po kościołach odprawiały się nabożeństwa piękne i stateczne. W franciszkańskim kościele, lubo tak rano, ludu już było pełno, ciężko się nawet było przecisnąć, a nie tak dla natłoku, jak dla towarzystwa kapników, czyli biczowników, którzy o tej porze właśnie przyszli byli z procesją do kościoła i swoją nabożną praktykę odbywali.
Kapnicy było to towarzystwo ludzi pobożnych, złożone zwyczajnie z mieszczan bogobojnych, szlachty po miasteczkach osiadłej albo innego gatunku subiektów, których światowego znaczenia trudno zresztą oznaczyć dokładnie, bo nie opowiadając się nikomu, tylko pomiędzy sobą się znali i twarzy swojej nigdy nie pokazywali. Zawiązywali się oni, jak w jakim mieście, albo zwyczajnie raz tylko do roku, i to w ostatnią zapustną niedzielę, właśnie przed poczęciem czterdziestogodzinnego nabożeństwa; przez cały Post Wielki praktykę czynili, a po rezurekcji znowu się rozwiązywali, żegnając się, komu by Bóg dał doczekać, znowu aż do przyszłego roku. Zakon ten ile ze świeckich ludzi i na pewien czas tylko złożony a żadnym dożywotnim ślubem niezwiązany, nie miał też żadnych innych ani względem świata, ani Kościoła obowiązków, tylko te, które sam włożył na siebie. Toż praktyka tych kapników ograniczała się tylko na codziennym nabożeństwie, społem i wzajemnym siebie biczowaniu, skąd ich także w niektórych miejscach biczownikami zwano. A robili to tak; rano zawsze przed nabożeństwem schodzili się wszyscy u swego starszego, tam rozbierali się z szat wierzchnich i koszul i brali na siebie długie płócienne, szarego koloru wory, które były rozprute na plecach, a rozpory te poprzykrywane kapkami tak, że za pociągnieniem sznurka z łatwością się otwierały, nagie plecy odsłaniając do biczowania. Na głowach mieli długie, śpiczaste, także płócienne kaptury, które całą głowę zakrywały i tylko na oczy miały z przodu powycinane otwory, zresztą opasywali się w stanach szarymi także sznurkami, z ogórkami395 na kształt mnisich, poświęcanymi albo o jaki obraz cudowny pocieranymi. Każdy z tych kapników niósł w lewej ręce świecę woskową i książkę do nabożeństwa, który czytać umiał, a który nie, to różaniec; w prawej każdy miał dyscyplinę z opiekanymi na końcach rzemykami, które często jeszcze były opatrzone drutami albo metalowymi gwiazdami, aby ciało do krwi szarpały. Wychodząc z domu swego starszego, szli procesją ordynkiem; więc naprzód starszy z krzyżem drewnianym w obydwóch rękach, potem bractwo parami, a na koniec dwóch jeszcze także kapników, ale już niby to marszałków, bo ci mieli potężne laski w rękach, którymi pewne naprzód umówione znaki dawali, bo mówić żadnemu nic wolno nie było. W takiej procesji przychodzili do kościoła i w takim porządku stali, klęczeli i krzyżem leżeli pomiędzy ławkami wzdłuż nawy. Przyszedłszy, za danym znakiem przez marszałków, zaraz krzyżem się kładli, a powstawszy, znowu za danym znakiem, obnażali sobie plecy i biczowali się wzajem, niektórzy przy biciu dodając słowa: ad maiorem Dei gloriam396 albo inne jakieś formułki, których słów ani całkowicie dosłyszeć, ani spamiętać mogłem. Sroga ta ceremonia do skończenia mszy św. powtarzała się kilkanaście razy, przy czym każdemu z nich dostawało się po jakie kilkadziesiąt doskonałych dyscyplin, niektórzy zaś już w połowie tego czasu byli tak zbici, że im się aż skóra porozpadała na plecach, a przy końcu krew z nich pluskała na ziemię, a nawet i na lud obok klęczący lub personatów miejskich w ławach siedzących. Ja pierwszy raz wtedy widziałem i ten zakon, i jego praktykę i nie wiem, jak komu, ale mnie się nie zdawała ona być czysto ad maiorem Dei gloriam, tylko także cokolwiek ad sui ipsius, to jest tych praktykarzy augendam famam397, bo czegóż to czynić publicznie w kościele? Dobrze też mówił szlachcic obok mnie tamże klęczący:
— Gdyby tak na mnie, mości dobrodzieju, to ja bym nie pozwolił z domu Pańskiego robić teatrum dla takich scen barbarzyńskich. Kiedy szewców skóra świerzbi, to niech sobie dadzą i po tysiąc bizunów, ale w domu, w kąciku, ale niech nie straszą kobiet i dzieci po kościołach. Moja żona na widok tej krwi zasłabła tu przeszłego tygodnia i do dziś dnia się jeszcze z tego obaczyć nie może.
Tak więc daleko więcej czasu strawiwszy na przypatrywaniu się obrzędom owych kapników i na przysłuchiwaniu się opowiadaniom szlachcica niż na przyzwoitej, dla której tam poszedłem, modlitwie, wyszedłem z kościoła, a przeszedłszy ulicami na rynek, zmierzałem prosto do pańskiego domu, to jest do onej gospody, na której moja najpoczciwsza karczmarka siedziała. Suponowałem, że już musiała powrócić z Bóbrki i że z nią sobie jeszcze co porozmawiam, że się co przecie dowiem o moim Węgrzynku, o czym wszystkim przedwczoraj w Bóbrce ani wspominać nawet nie miałem czasu ni pamięci.
Aliści398 ledwie co pominąłem kościół farny i wszedłem w ulicę ku pańskiemu domowi wiodącą, zastępuje mnie drogę jakiś hultaj niby z mieszczańska, a niby już z niemiecka ubrany, mówiąc srogim głosem:
— Aha! Tuś mi ptaszku! Poczekaj, już mi nie ujdziesz teraz z ręki!
— Cóż to? — rzekłem, zadziwiony taką bezczelną napaścią wśród dnia białego. — Rozbój w samym środku miasta?
— Na rozboja rozbój! — zawołał on, podczas kiedy ludzie zaczęli się pomału gromadzić około nas. — To ludzi będziesz strzelał jak ptaki? Ha!
Dopiero mi się przypomniała owa burda u karczmareczki, u której strzelałem był z pistoletu. Na to przypomnienie włosy mi kołkiem stanęły na głowie i strach mnie zdjął wielkooki; jednakże zebrawszy się prędko:
— Ruszaj — krzyknąłem — jam tu pierwszy raz w mieście i nie strzelałem do nikogo! — To rzekłszy, chciałem iść dalej, ale on, hultaj, tuż rękę wyciągnął do mojej szyi, wołając: