— Stój! Ani kroku ciebie nie puszczę, pójdziesz na odwach!
Wtedy odskoczyłem od niego i kiedy go to wytnę w łeb czekanikiem, padł. Ja też w nogi i byłbym uszedł jak Bóg na niebie, ale już się tumult taki zrobił na ulicy, że ani rusz przepchnąć się było. On też, hultaj, źle trafiony przeze mnie, lubo upadł, jednak nie stracił przytomności, tylko wołając:
— Gwałtu! Ratujcie! Brata mi zabił! Poznałem go! On399 białowłosy — tarzał się po ziemi i krzyczał. Toteż na ten tumult i hałas, co się wszystko działo prawie w oczach odwachu, zaraz na raus400 zawołano, dobosze uderzyli larum401, a ront402 z pięciu żołnierzy, wybiegłszy z odwachu, oświecony przez najpoczciwszy lud miejski, o co rzecz chodzi, i na mój trop naprowadzony, dopadł mnie zaraz i obskoczywszy, porwał i zaprowadził na odwach. Ledwiem tam wszedł, zaraz mnie znowu obskoczyli oficerowie, sierżanci i inni, oglądając mnie, długo coś po swojemu szwargotali. Jam się po kilka razy do nich odzywał to tym, to owym językiem, mówiąc, żem jest człek spokojny, żem nic nikomu nie winien, żeby mnie wypuszczono — ale mnie nikt nie słuchał, a z owego szwargotu to tylko wyrozumiałem, że zaraz komenderowano i rozesłano ronty na wszystkie strony miasta, była bowiem ta supozycja, że jakiś napad jest zamierzony na miasto, któren przeze mnie wydał się przedwcześnie.
To wyrozumiawszy, bardzo mi się smutno zrobiło na sercu, bo widziałem już jakąś długą i fatalną historię przed sobą, która kto wie kiedy i jaki koniec wziąć może, a powiadając sobie w cichości tę naukę, że nigdy żadna rzecz lekkomyślna bez gorzkich owoców się nie obejdzie, zamyśliłem się srodze. Ale nie dano mi długo rozmyślać: zaraz bowiem przystąpił do mnie jakiś żołnierz i zabrawszy z sobą, przeprowadził przez kurytarzyk, drzwi jedne żelazne na wielką kłódkę zamknięte otworzył i wtrącił do paskudnego kałauzu.
Boże! Kiedy to stojąc na progu, przypatrzyłem się tej izbie, jako była prawie na pół w ziemi, jako jej ściany były brudne i wilgotne, podłoga zabłocona, proste tapczany wokoło i wąziutkie ciemne okienko, opatrzone kratami i żelaznymi siatkami, westchnąłem tylko i pomyślałem: gdzie się było, to było, ale tu się jeszcze nie było.
W izbie tej, która była duża, jakby jaka sala zamkowa, a do której trzeba było zstępować po kilku schodkach, jak powiedziałem, dość ciemno było: więc dopiero po rozpatrzeniu się chwilowym dojrzałem, że nie sam przynajmniej będę w niej siedział, mam i kompanię. W odległym kącie bowiem, przy stołku drewnianym, służbę stolika odprawiającym, siedziało cztery jakieś figury, które grały w kości, a tak były zagrane, żem ich nawet wejściem moim od tej gry nie oderwał. Pragnąc jednak zaraz z kolegami zabrać znajomość, przystąpiłem bliżej, ale jakież było zdziwienie moje, kiedy pierwszy, który się z nich zerwał z siedzenia i do mnie przyskoczył, był mój własny Węgrzynek, Janczi Mighaza de Isztvanferet.
— O, wierny sodalisie403! — zawołałem do niego. — Toż i tutaj mnie nie opuszczasz! — Janczi stał i milcząc, oczy opuścił ku ziemi.
— No, mówże, błaźnie — rzekłem do niego — jakim prawem się tutaj dostałeś?
— Jam nic nie winien — rzekł on nieśmiało — wstąpiłem do Tarnowa, bo mnie panna Zofia kazała wstąpić do karczmarki i powiedzieć, żeby zaraz do Źwiernika jechała. Ona też zaraz pojechała, a ja zostałem jeszcze, bo noc ciemna była. Tymczasem wieczorem w szynkowni jacyś tam ludzie pili, następywali na mnie, trochę się z nimi pobiłem, ront nas wszystkich zabrał i tutaj zamknął. Tamtych nazajutrz wypuszczono, a na mnie powiadają, że ja tu człowieka jakiegoś ustrzelił w zapusty.
— Hm! Tak powiadają? Któż to mówi?