— Ja tego nie powiadam już całkiem na pewno, jeno tak suponuję441, a i to nie bez pewnego powodu, bo stołowicka potrzeba stoi mi jakby dziś przed oczyma.

Tu jmć pan Gintowt, niebieską kwiecistą chustką nos utarłszy i pociągnąwszy pół kubka miodu, zaczął per longum et latum442 opowiadać stołowicką potrzebę. Zosia siedziała w tymże samym pokoju pod oknem, a ja, nie widziawszy jej sześć tygodni, ledwiem się z nią był przywitał! Gadał więc Gintowt swoją rzecz bez przestanku, a mowa jego podobną była chodowi wyuczonego konia, który równym stępem czesze milę, dwie albo i dziesięć; ale ja już i uchem, i okiem, i duszą całą byłem przy Zosi i czekałem tylko sposobnej chwili, aby się od rozgadanych starców oderwać. Jednakże ani myśleć było mi o tym, bo lubo stary ten konfederat zrazu ciął swoją sztukę, nie oglądając się wcale na usposobienie słuchaczów, toż jednak później, kiedy przyszedł z kolei na takie fakta, którymi moją opinię przerobić miał nadzieję, z pospolitego szlachcica stał się niepospolity a umiejętny orator. I nie przestawał on już natenczas na samym opowiadaniu, ale w swojej zelozji443 pragnął zarazem, aby, co powie, było potwierdzonym przeze mnie. Rzucał mnie więc ustawicznie pytania albo do połowy tylko doprowadzone periody444, których dokończenia wyczekiwał ode mnie, a kiedy widział, że mu odpowiadam ni to, ni owo, to mnie brał za rękę, szarpał za frędzle u pasa albo za połę żupana, a kiedy i to nie pomogło, to wstawał i położywszy ciężką, kościstą rękę na moim ramieniu, podniesionym głosem i w samo ucho rzucał mi swoje nieodwołalne sentencje. Jakem się kręcił na stołku, z jaką grzecznością kiwałem na wszystko, a przy tym ile cierpiałem natenczas, opowiadać nie będę, bo komuż dziś nie są znane smętne kochanków cierpienia! — Ale pan Gintowt był już stary i nie znał się na miłości, więc ani nadziei nie było, aby się zlitował nade mną i z swoich objęć oratorskich mnie puścił; musiałem tedy cierpieć i słuchać, ale byłbym był Pan Bóg wie co dał za to, gdyby mu kto był przerwał tę arcywymowną obronę. Jakoż wysłuchał Bóg prośby mojej, bo kiedy jmć pan cześnik wendeński, przyjąwszy z rąk dziadka świeżo napełniony kubeczek miodu i wypróżniwszy go do połowy, szeroko odetchnął piersiami, ażeby zrekapitulowawszy445 wszystkie motywa, ostatecznym do mnie wystrzelić argumentem — drzwi się otworzyły z łoskotem i dwóch młodych Litwinów, na których kolej owej niby to służby przypadła tej nocy, weszło do izby. Pan Gintowt, chcąc nie chcąc, musiał przerwać swoją orację, a podczas kiedy dziadek powiadał mi nowo przybyłych nazwiska i tytuły i nawzajem im moje, wniesiono nowy zasiłek miodu, do którego zasiadłszy, oczywiście nowa musiała się zacząć rozmowa. Jeden z tych bardzo młodziutki, ale zadzierżysty kawaler, właśnie jeden z takich, o których dopiero co wspomniałem, że okrutnie bębnią słowami przed lada jaką praktyką, był do tego jeszcze jakiś daleki powinowaty dziadka przez nieboszczkę panią cześnikową, toteż, pociągnąwszy zaraz ze dwie szklanice, kiedy to pocznie bić na zamek Murdeliona, to aż włosy na głowie powstawały od samego słuchania.

— Ho, ho! Mospanie! — gadał on młodzik, na nieszczęście obracając się do mnie. — Waszmość ani wyobrażenia nie masz, jaką my kurtę wykroimy temu diabłu weneckiemu! Ja sam mam więcej trzydziestu ludzi zebranych z sąsiedzkiego zaścianku i czekam jeno na wtorek. Ale to nic jeszcze! Przyjedź no, waszmość, na wtorek do Oszmiany, mamy tam sędziów obierać, ale kat ich będzie obierał! Od pana Żaby przyjdzie tam sześć beczek miodu, od pana Zembrzuskiego pięć, od Jokity trzy miodu, a jedna gorzałki, jegomość pan cześnik dobrodziej ma już cały wóz z jadłem i napojami nagotowany, ba, i ode mnie pójdzie furka z wędliną, kołdunami i beczką wina, co mi mama podarowała. Otóż, kiedy to wszystko zajedzie, a kiedy to stanie, ot! pan Gintowt dobrodziej, pan Magnuski orator, Demostenes z Zalasówki, i Seneka Giembutowicz z gębami, a Jur z Borowiczek i my za nim.

— Ba! Jur z Borowiczek! — poderwał drugi Litwin dyżurny. — Pewno, że kiedy ten się weźmie do czego, to tam nie ma już co poprawiać.

— Ba! To nie nowina! — odpowie znów młodzik. — Dlatego też ja najpierwej jemu rzecz zakomunikowałem! Zrazu nie chciał i ociągał się, powiadając: „A co mnie do tego, że kto babę wykradł Mazurom! To niech się Mazury pilnują! A zresztą wartoż to wojować o starą babę, jeszcze do tego z diabłem? Bo to przecie stolnikowa, kiedy szła za mąż, to ja jeszcze szabli udźwignąć nie mogłem, i teraz się będę bił o nią, żeby mnie wzięli na języki i gadali, co im się podoba! Nie chcę, dajcie mnie pokój! Mnie Piotrowicz nic nie zawinił”. — A ja jemu na to: „Ale mój Jurciu! Co tobie do tego, czy to o młodą czy o starą rzecz idzie! Co ci na tym? Wszakże kiedy panią stolnikową odbijać będziesz, to nie dla siebie, ani sam pójdziesz na tę wyprawę, jeno pójdziemy wszyscy! A zważaj sobie to, że jakoś nieładnie by było, żeby przy takiej imprezie Jura z Borowiczek nie było! Zważże i to — powiedziałem — że lubo nam bardzo wiele na tobie zależy, to jednak, czy ty pójdziesz czy nie pójdziesz, zawsze się ruszymy i pociągniemy pięknie, a kiedy ciągnąć będziemy, to jużci nie bez tego, żeby ten lub ów nie zapytał: »A gdzież nasz Jur z Borowiczek, co nas wodzi po wszystkie czasy, że go nie widać na przedzie?...« — Wstyd mi będzie powiedzieć, ale trudnoż zmilczeć, że Jur siedzi za piecem”.

Kiedy tak opowiadał młodzik, w pierwsze wybierający się pole, jako doświadczonego wszystkich zajazdów przywódcę z wielką pracą dla tej sprawy kaptował, Gintowt siedział milczący i popijając miodek powoli, chmurzył się coraz bardziej i słuchał, a kiedy tamten, wyrecytowawszy i wszystkie swoje, i owego Jura przy onym kaptowaniu mówione słowa, na tym zakończył, że przecie nareszcie Jura do tej sprawy namówił, Gintowt pociągnął jeszcze raz miodu i rzekł:

— Dziwujże się tu czemu, mospaneńku, kiedy taka młodzież się rodzi! Toż to ja sam w mojej osobie, jako już powiadałem, siedziałem już z panem Żabą w jego domu przy piwku marcowym, kiedy wpadli pan Kasper Magnuski i tenże sam Jur z Borowiczek i pierwsi przywieźli nam wiadomość o wykradzeniu pani stolnikowej i osadzeniu jej na zamku Piotrowiczowym — i sam w mojej osobie słyszałem, jako Jur, opowiedziawszy zdarzenie, rzekł do mnie w te słowa: „Cóż, panie Bartłomieju? Nie porać to do zajazdów i ma już człek tego dosyć, ale tu trudno! Hańba to wyrządzona całej okolicy; trza snadź będzie uderzyć na to gniazdo diabelskie” — a ten tu młokosik, który pewno aż w jakie kilka dni potem dowiedział się o tej rzeczy, powiada mnie w żywe oczy, że on Jura skaptował! Tfe! A myszy, żeby do waszego domu wlazły, tobyście ich szukali! A z muchami wam wojować po ścianach! Tfu!

— Ale, panie cześniku dobrodzieju! — poderwał znów młodzieniaszek. — Ja nie powiadam, żeby Jur z Borowiczek nie pierwej ode mnie wiedział o tej rzeczy, ale że z początku inaczej o niej rozumiał niż teraz, to pewna! Przecież ja powiadałem wyraźnie...

— Ale co ty powiadałeś — zawołał Gintowt — co ty masz do powiadania! Ty nawet gęby nie powinieneś otworzyć, aby mówić o Jurze. Byłeś ty takim towarzyszem albeńskim, którego cała Alba nosiła na rękach; byłeś nie sługą, ale przyjacielem księcia pana; byłeś w jakich kilkuset potrzebach, a zawsze w największym ogniu; służyłeś pięć lat krwawym trudem, brałeś niedźwiedzie oszczepem, szukałeś niebezpieczeństw na własną rękę po Węgrzech, po Multanach, po Turecczyźnie, odprawiłeś z jakie dwadzieścia zajazdów, ze sto pojedynków? He?... Otóż kiedy to wszystko odprawisz, to wtedy będziesz mówił o Jurze jak o twym równym.

Zmięszał się tym trochę młokosik; ja myślałem, że już zgoła uderzy się w piersi i umilknie, ale gdzie tam! Ledwie co przebrzmiał głos Gintowtowy, on się znowu poderwał i dalejże w argumenta, usiłując, jeżeli już nie dowieść koniecznie, że w rzeczy on Jura skaptował, to przynajmniej siebie z zarzutów obronić. A podczas kiedy Gintowt rad nierad na każdy argument odpowiadać musiał i stąd się rozpoczęła wielka między starością i młodością dysputa, ja, jako niemogący stawać ani z tej, ani z owej strony i przez nikogo już nienagabywany, pochwyciłem tę porę, aby od nich uciec, a zbliżyć się do Zosi.