Ale Zosi już nie było w tej izbie. Serce niewinne i tkliwe, a do tego różnymi uczuciami ścieśnione, nie może znieść gwaru i krzykliwej rozmowy, niemych świadków nawet nie lubi i najswobodniej mu w samotności. Więc kiedy w pierwszej izbie wojennymi planami zajęci mężowie wadzą się z sobą o Jura z Borowiczek, a potem znowu w nie mniej gwarliwej dyspucie układają środki zjednania szlachty, porządek zajazdu i rodzaj dobycia zamku; w drugiej izbie, przy maleńkim stoliku, na którym smutny płonie kaganek, siedzi Zosia nad książką nabożną i modli się Panu Bogu gorąco, aby dobył matkę z więzienia i oddał sierotom. Opodal od stołu na drewnianym zydelku, pod ścianą, cała cieniem zakryta, siedzi staruszka ochmistrzyni, ta sama, która niegdy ochmistrzowała stolnikowej za czasów jej panieństwa i pochyliwszy głowę na piersi, a ręce złożywszy jak do pacierza, wtórzy w duchu modlitwom sieroty, wzbijającym się, jakby promień jakiej zabłąkanej gwiazdy, wprost na łono samego Boga.

Kiedym próg przestępując, obaczył tak cichą, a jednak tak uroczystą z Panem Bogiem rozmowę, przystanąłem na progu i chciałem, przypatrzywszy się tylko cokolwiek, nazad do pierwszej izby powrócić; ale Zosia mnie natychmiast ujrzała i prawie mimowolnie rzekła:

— Panie Marcinie.

Przystąpiłem bliżej, ale już po raz drugi nie wiedząc, od czego zacząć ową rozmowę, w której tysiące rzeczy miałem do powiedzenia, usiadłem tylko koło niej i milczałem. Na to ona znów do mnie, ale bardzo smutnym głosem:

— Panie Marcinie! Czy wróci mama do nas, czy już nigdy nie wróci?

— O! Wróci, jak Bóg na niebie, tak wróci!

— Och! Boże! — zawołała ona na to ze łzami i oparłszy główkę o ręce położone na stole, płakała.

Płacz ten, któren pewnie tyle ważył u Boga, co najgorętsza modlitwa, trwał długą chwilę, przez którą ja, także ze sercem ściśnionym i złożonymi rękami, siedziałem smutny i milczący. Nareszcie Zosia podniosła głowę, twarz łzami zalaną otarła i rzekła do mnie:

— Panie Marcinie, pilnujże, waszmość, już tę szlachtę, żeby zrobili, co obiecują, bo oni będą krzyczeć, hałasować, odgrażać się, a na koniec rozjadą się i nic nie zrobią.

— Niech się panna Zofia już spuści na mnie — odpowiedziałem — ja wyrozumiałem rzecz jak należy i miarkuję sobie, co mi potrzeba, a kiedy bym i dziś się przekonał, że oni sami nic nie zrobią, to już ja wiem, gdzie czego szukać. Niech panna Zofia będzie spokojna; pani matkę uważam za moją własną.