— Niechże Bóg to waszmości stokrotnie nagrodzi! — odpowiedziała Zofia. — Kiedy pan przyjechałeś, to ja wierzę, że i mama powróci.
Przycisnąłem usta moje do jej maluczkiej rączki, a ona do mnie:
— Ale cóż to się tam z panem działo w Tarnowie?
Na to pytanie musiałem odpowiedzieć obszernie; poprawiwszy się więc na zydlu, opowiadałem jej zdarzenie za zdarzeniem, szczegół za szczegółem, tak jak się działo w istocie. Zofia słuchała mnie z wielkim zajęciem i wielką uwagą, a żywe współczucie malowało się na jej twarzy. Kiedym przyszedł do tego dnia, w którym ów baron niemiecki mnie po raz pierwszy nawiedził, przerwała mi Zofia, mówiąc:
— I Holmfels waszmości wydobył?
— Nie, nie wydobył — odpowiedziałem — bo nie mógł, ale jednakże dał mi dowód takiej przyjaźni, że wielkie ukontentowanie byłoby to dla mnie, gdybym mu się mógł za to wywdzięczyć.
— A wie pan — rzekła Zosia — że temu baronowi Zuzia się bardzo podobała? Co jej nie gadał wtedy!
— To wiem — rzekłem — bo on mi to sam powiadał, ale mu doradziłem, aby sobie to wybił z głowy, bo jej ani się śni o nim.
— A nie! — zawołała Zosia. — On jej się może jeszcze więcej podobał!
— Jakżeż? — rzekłem oburzony. — To jest po zaręczynach z Konopką i tamtemu ledwie głowa nie pęknie od samych jej grymasów, a teraz jej się znów baron podobał?