— O! O! Jej się co chwila kto inny podoba; to nic nowego.

— Życzęż ja szczęścia panu Konopce, ale mu go nie zazdroszczę.

Po czym dalej opowiadałem moje fatalizmy aż do samego końca, których wysłuchawszy, Zosia pięknie rzekła do mnie:

— Chwałaż Bogu, że panu Marcinowi przynajmniej z więzienia umknąć się udało; żebyż choć się na tym już zakończyło.

— A! Ja też tak sprawy nie zostawiłem...

Wtem dał się słyszeć z drugiego pokoju głos dziadka wołającego Zosię do siebie. Ona też porwała się z miejsca i powiedziawszy do mnie:

— Zostań pan tu, ja tu zaraz powrócę — wybiegła do dziadka.

Tymczasem staruszka ochmistrzyni przysunęła się do mnie i popatrzywszy mi w oczy, spytała:

— To to jespan konkurujesz o pannę Zofię?

— A... niby to ja — odpowiedziałem cale446 nieprzygotowany na takie pytanie.