— To jespan z Mazurów? — spytała znów ochmistrzyni.
— Nie tak z samych Mazurów, jak z ziemi sanockiej, która do województwa ruskiego należy.
— Aha, z sanockiej... a długo to już trwają te waścine amory?
To mi już nadto było, jakoż po tym pytaniu rzuciłem się trochę; jednakże zauważywszy, że słowo starej ochmistrzyni czasem niemało waży w całym domu, starałem się być grzeczny i odpowiedziałem:
— O amorach nic nie wiem, a o względy i łaskę u panny Zofii i całego domu staram się od połowy zapust.
— Aha! Aha! To wszystko dobrze; jespan jesteś niczego familii, znałam kilku Nieczujów, znałam i ojca waścinego, kiedy wziąwszy słowo od panny Mężykówny, przyjeżdżał tu do mojej siostry, pani starościny Trockiej, prosić o błogosławieństwo. Tęgi to był człowiek swojego czasu... i jespan, widzę, niczego kawaler, sługiwał w wojsku, jak słyszę, ma niczego fortunę, rozamorował się podobno w Zosi na umór, przeleciawszy za nią z półtorasta mil aż z Mazurów, i wszystko to dobrze... ale na co to takich amorów? Znowu będzie jakie nieszczęście.
— Z mojej przyczyny, moja mościwa pani, pewno żadnego nie będzie...
— Tak, tak, nie będzie. Tak to było i z Hanią, a teraźniejszą Strzegocką! Com się nagadała, com się naprosiła, co naperswadowała, przepowiadając, że to człek taki a taki, że się chował za morzem, Bóg wie pomiędzy jakimi ludźmi, że nabrał obyczajów nieludzkich, że tu przyjechał i ludzi napada, drugich rozbija, kilku nawet powiesił, że, jak mówili domownicy, z jakimiś nieczystymi duchami ma konfraternię, że go aż diabłem nazywają weneckim — nie i nie, choćby mnie zabić miano, kocham i kocham na śmierć i na wieki. I otóż masz „kocham”!
— Ha! Tak to, tak, mościa pani — rzekłem ja na to staruszce — miłość u kobiety to nie zabawka, ale rdzeń i miazga całego życia; bij i zabij, a prędzej podobno duszę wypędzisz z ciała niż miłość zakorzenioną z serca.
— Nie ma co mówić, trafia to się u kobiet, ale też to źle jest i niedorzecznie. Bo przecież i ja jestem kobietą, i ja swego czasu wiedziałam, co miłość, ale to dawniej nie tak bywało; nie nazywano tego nawet miłością, tylko, jak należy, afektem. Ja też mówiłam Hani: „Co ci zależy na tym Piotrowiczu? Czy koniecznie ten już najlepszy? Moja Haniu, mało ty jeszcze znasz tego świata, a kiedy go więcej poznasz, to się snadnie przekonasz, że jeden mężczyzna, tak jak i drugi, a wszyscy takuteńcy jak jeden”. „Nie, nie i nie! Ja tylko tego”. — Przy takich afektach panny, a tak uporczywym amancie, bo to, jespan, nie znasz pana Ignacego, co to za gwałtowny jest człowiek, dziwnoż to, że te amory za daleko się posunęły? Ja, Panie Boże mnie skarz, jeżelim choć się domyślać mogła... aż tu jednego wieczora, bach! pan Wit wszedł znienacka do alkierzyka Hani i na własne oczy obaczył, jak pan Ignacy Hanię w gębę całował. No, nie taka to wielka zbrodnia, ale u starego, co to, bywało, dawniej cały dom przed nim chodził jak klawisze, zaraz to była już Sodoma. Co się tu działo wtenczas, niechże i piekło się schowa, bo i stary nie w zimnej wodzie kąpany... Ja jeno uklękłam przed obrazem Matki Najświętszej, prosząc, żeby mnie tylko nie zabił... chociaż to ja mu dość bliska, bo przecież nieboszczka matka jego a moja matka były sobie przyrodnie... ale przeszło to jakoś. Wpadł jeno do mnie i z największą pasją a z ściśnionymi pięściami powiedział mi w oczy: „Do samej śmierci jejmości tego nie zapomnę!”. Nie wiemże, jak tam jest, czy zapomniał czy nie? Nie powiadał co jespanowi?