W dniach następnych aż do samego wtorku nie zaszło ani w domu dziadkowym, ani w okolicy nic nadzwyczajnego.

O prawdziwym losie pani stolnikowej ani też o tym, co myśli i jak się na przyjęcie gości przygotowuje Murdelio, nie można się było nic pewnego dowiedzieć. Zamek ten był pod tamte czasy tak groźnym i strasznym dla wszystkich, że za żadne skarby świata nie można było ani jednego sługę namówić, aby podszedł pod jego mury i starał się stamtąd przynieść jaką wiadomość. Szlachta zaś, nie mniej przesądna od pospolitych ludzi, także nie zdobyła się na taką przysługę. Jeden tylko Węgrzynek ofiarował mi się sam z własnej chęci z tym, że się chce zwerbować do Murdeliona, a pobywszy tam kilka dni i dowiedziawszy się o wszystkim naocznie, uciec do nas na powrót; ale na to już ja nie pozwoliłem i miałem pewne do tego powody. Zamek bowiem ten, lubo niegdy warowny, jak każdy inny dwór murowany w Polsce dawnymi czasy, jednak nie był fortecą; nie mogło więc tam w nim nic się najdować, o czym powzięta wiadomość dawałaby już zwycięstwo; znał go zresztą pan Gintowt i wewnątrz, i zewnątrz, jak własną kieszeń, i podejmował się prowadzenia — a strata tego wiernego sługi, która przy jego porywczości łatwo nastąpić mogła, nie mogłaby mi być nigdy niczym wynagrodzoną. Wszakżeż na koniec i bez tego wszystkiego można było być pewnym, że Murdelio nie wysypia się spokojnie w swoich złoconych komnatach i że budzony przypomnieniami zbrodni całego życia, dobrze się obwarowuje przeciw jakiejkolwiek napaści, której się pewno spodziewa. Jakoż o tym, że pogruchotane murzyska, o których naprawieniu w tak nagłym terminie ani pomyśleć nie może, mocną osadził załogą, że dużo hultajstwa nałapał i ciągle jeszcze łapie, że nawet armatami dwie jeszcze od zniszczenia ocalone baszty opatrzył, pewne były wieści w okolicy.

Zosia smutną była przez cały ten czas, jednakże, jak mi to sama powiadała, o wiele jeszcze weselszą i spokojniejszą niż przedtem, w czym ja, przypisując to sobie i mojemu przybyciu, wielką nachodziłem451 pociechę.

Ochmistrzyni modliła się tylko ustawicznie to przed tym, to przed owym obrazem, prosząc Pana Boga o powrócenie Hani do domu, a widząc w szczęśliwym córki do ojca powrocie tym większą pewność, że jej zapomnianym zostanie ów jakiś grzech dawny, podwajała gorącość swych modłów.

Dziadek zaś... O! Z jakimże poszanowaniem i zadziwieniem patrzyłem na tego dziadka i jak gorąco przy tym modliłem się Panu Bogu, aby, jeżeli mi to jest przeznaczone, takiej dał dożyć starości!

Wprawdzie los tego człowieka przed grobem nie był do pozazdroszczenia ze wszystkim, bo kiedy komu przeznaczono jest cierpieć, a te cierpienia przyjdą nań z powodu własnego dziecięcia, toć to nie jest dola, której by można zapragnąć, ale kto zna to życie ludzkie i widzi niczym nie przyćmionymi oczyma, jako ono w swych splotach same ciernie i głogi prowadzi, a kwiatków tak mało, że ledwie jaki silny listeczek uchowa się cało i zielono, ten też wie dobrze, jak wielkiej łaski bożej doświadczył ten, który przy czułym i nieskażonym sercu zdołał wyrobić w sobie ową potężną siłę rozumu i wiary, która go czyni wyższym i mocniejszym nad te wszystkie światowe dole i nieszczęścia. Człowiek taki podobien jest owemu najwyższemu pagórkowi Krępaku, który, głową patrząc w słońce i jego oddychając promieńmi, czuje, lecz zarazem i niewzruszenie spogląda na to, jako w kadłub jego i serce biją ziemskie fale i niepogody.

A takim mężem błogosławionym był dziadek. Przez całe życie jego, i teraz jeszcze w dniach przedgrobowych, biły w niego i burze, i gromy i czuł on je sercem ojca i obywatela i rozumiał całą moc i naturę, i stuletnimi łzami je skrapiał, i nieraz po kilka godzin wieczornych nad nimi tak głęboko rozmyślał, żeby go i wystrzałem wtedy z tego snu nie obudził — ale duch jego, unoszący się pamięcią i doświadczeniami nad tyle światów i pokoleń, niósł się i teraz zawsze tak wysoko, że nie było choćby jak rozumnego człowieka, któren by się żakiem nie czuł przy tym duchowym olbrzymie.

Miewał ci on wprawdzie chwile, w których, czy to koleją rzeczy żył tylko ziemi, czy tak całkowicie oddany niebu, że zapomniał o sobie, nieobznajomionym z nim z bliska wydawał się dziecinnym lub też zdziecinniałym, jakby mu życie było li zabawką, a nieszczęścia li żartobliwą swawolnego losu igraszką; ale i te jeszcze chwile świadczyły tylko o onej duszy milionami nieszczęść zahartowanej, która, podniesiona ponad poziom pospolitych dusz ludzkich, bliżej dotykała się nieba niż ziemi.

Mnie przynajmniej mąż ten stuletni, czy to wieczorami siedział przy miodzie z Gintowtem i szlachtą dyżurną i żartobliwym tonem opowiadał im rzeczy stare i już chyba tylko w starych księgach litewskich najść452 się mogące, czy zasiadłszy w domowym kole, zastanawiał się nad losem swej córki i całej rodziny, czy, siedzący przed obrazem Boga ukrzyżowanego, mówił swoje milczące modlitwy, czy z czapeczką na głowie, a oparty na grubej trzcinie, przechodził się po ogrodzie pomiędzy ogromnymi a niegdy453 przez siebie samego posadzonymi drzewy — mnie zawsze ten mąż stuletni taką cześć wpajał ku sobie i tak potężnie działał na mój umysł młodzieńczy, że raz mi się zdawało widzieć promienną koronę koło jego głowy, drugi raz widziałem w nim nie tego, który niebawem ma wnijść na wieczny odpoczynek do trumny, ale tego, który już mnogie lata tam odpoczywał i dziś, obudzony, wyszedł spod kościelnego sklepu na chwilę, aby się ważnemu w swojej rodzinie zajść mającemu przypatrzył zdarzeniu; inny raz znowu zdał mi się jednym z tych duchów białych, mieszkających po starych zamkach, którzy w wigilię każdego nieszczęścia pokazują się na krużgankach, na basztach narożnych lub w alejach wysadzonych lipami... idą oni powolnym krokiem i milczą, wionie od nich tylko chłód wilgotny, grobowy i drżą z przerażenia natenczas pognuśniałe serca ich wnuków.

Jednakże pomimo owej wyniosłej siły duszy, która dziadkowi dozwalała panować nad nieszczęściami doczesnymi, im więcej się zbliżała ta chwila stanowcza, która miała rozstrzygać o losie całej Strzegockich i Piotrowiczów rodziny, i on miewał chwile, w których zdawał się być niespokojnym. Zapadał on wtedy w smutne milczenie i jeżeli sam nigdy wiele się nie rozgadywał ani o swojej córce, ani o Murdelionie, ani o dawniejszych pomiędzy nimi stosunkach, to wtedy nawet imię jednego lub drugiej, choćby najobojętniej przez kogoś wymówione, zdawało się go razić tak bardzo, że zwyczajnie głowę odwracał, albo, niby to z kubka pijąc, twarz swoją zasłaniał, albo zgoła umyślnie kilka słów takich wrzucał, które rozmowę na inny zwracały przedmiot. Dojmowałli454 go ten wypadek tak bardzo, czy wstydził go się przed światem, czy miał gniew jaki na córkę, tego nie mogłem odgadnąć.