I tak mijały dnie jeden za drugim, i tak minął czas aż do wtorku.

Gintowt w poniedziałek jeszcze odjechał wprost do Oszmiany, aby być tam zawczasu i najprzód przygotować, co trzeba. I ja chciałem z nim jechać, bo i ciekawy byłby był dla mnie sejmik litewski, i suponowałem455, że mogąc tam niejednego znajomego znaleźć, mógłbym był może co pomóc, ale Gintowt tego nie dozwolił, mówiąc:

— Siedź, waszmość, tutaj, kiedy ci dobrze, ja wszystko sam zrobię.

Śród takich okoliczności i usposobień nadszedł nareszcie wtorek. W dworku pana Wita już od samego świtu panuje ruch nadzwyczajny. Wymiatają i wyprzątają próżne o tym czasie szopy i stodoły, i ubierają jak mogą, na przyjęcie gości, obwieszają kilimkami ściany, zastawiają stoły i nakrywają, wnoszą ławy i całe beczki z trunkami, przy czym mój Węgrzynek główną trzyma komendę. W kuchni i w piekarni w miasteczkach ponajmywani456 kucharze sieką zrazy, przyprawiają bigosy, pieką kury, kapłony, gęsi i całe cielęta. Inni odgotowują wędliny, kiełbasy i inne mięsiwa, inni pieką chleb biały, pirogi i różne pieczywa, a wszyscy sadzą się na to, aby jedzenie było smaczne i dostatnie, a niekoniecznie wykwintne. Nad tym wszystkim dozór i komendę wziął na siebie jmć pan Kościuszkiewicz, dzierżawca dziadkowej wioski, człek stary, lecz sprytny i dużo po świecie obywały. A tu i tam wszystko idzie tak ładem i prędko, że jeszcze i południa nie było, kiedy już wszystko stanęło gotowe, choćby i na przyjęcie całych dwóch chorągwi komputowego wojska457. Ale to jeszcze nie zaraz mieli nadjechać oczekiwani goście. Gintowt powiadał, że nie myśli wyborom przeszkadzać, a lubo ja w moim przekonaniu wątpiłem bardzo, ażeby kiedy projekt zajazdu już był rzucony pomiędzy szlachtę, materia wyborów choć przez godzinę mogła się utrzymać na ustach, to jednak nie mogło się stać tak prędko; bo gdzie są Demostenesy i Senekowie, a każdy z nich z naprzód już wymyślonej oracji ani jednego słowa podarować nie zechce, tam pół dnia ledwie można liczyć za jedną chwilę. Więc zawsze ledwie o zmroku można się było spodziewać ich przyjazdu, jakoż to samo utrzymywał i dziadek, który siedząc przy stole kamiennym, stojącym pomiędzy lipami na środku dziedzińca, patrzył na gąsior kowieńskiego miodu postawiony na stole, ale go nie pił. Kiedym ja się koło stołu nawinął, on, ręką oczy zasłoniwszy od słońca, spojrzał na mnie i zawołał:

— Nieczuja!

— Służę jegomości! — odpowiedziałem, przystępując do niego bliżej, a on do mnie:

— Siadaj tu przy mnie i napij się miodu, bo mi tak smutno samemu.

— I owszem — odpowiedziałem — jak jegomość rozkaże.

I usiadłem do miodu, lubo niechętnie w tej chwili podawałem usta trunkowi, bo to był dzień gorący i parny, a ja jak na to wziąłem był ciężki lamowy żupan na siebie, który zwykle ubierałem natenczas, kiedy się w jakiej bitwie być spodziewałem; lama ta bowiem była tak gęsto grubymi nitkami srebra przetykana, że, cięcia szabli nie przepuszczając, mogła stanąć za dobrą koszulkę458. Żupan ten miałem po moim ojcu, a nosił go jeszcze dziad mój nieboszczyk i w co piękniejszych bitwach zażywał; znać nawet na nim było na kilku miejscach cięcia nieprzyjacielskiego żelaza, w kształcie fałdów na wieki wieków zagiętych; jakoż i żupan ten znano swojego czasu powszechnie, przynajmniej w całej sanockiej ziemi i pogranicznych, a skuteczność jego tak nie podpadała żadnemu zwątpieniu, że kiedy mnie kto wyzywał na rękę albo ja kogo, co się, Panie Boże mi odpuść, młodszymi, ba, i późniejszymi laty nierzadko trafiało, to zawsze sobie wymawiano, abym do bitwy nie brał tego żupana na siebie. Więc duszno mi było pod taką suknią już z wierzchu, a cóż dopiero w dzień parny lać jeszcze ogień wewnątrz siebie! Ale dziadek kazał pić z sobą, więc nalałem sobie kubek miodu, siadłem podle459 niego i piłem. Wtedy on do mnie:

— Co rozumiesz o dzisiejszej imprezie?