— Nie wiem jeszcze, co mam rozumieć — odpowiedziałem — bom nie oglądał jeszcze tych ludzi, z którymi mamy uderzyć na zamek.

— Nie ma co oglądać — rzekł dziadek — to szlachta oszmiańska.

— Ja nie wątpię, że dobra, ale zawsze to, kiedy człowiek oglądnie, to nie zawadzi. Najwięcej boję się tego, żeby sobie nadto nie podciągnęli w Oszmianie, bo jak jeszcze tutaj doleją, to gotowi nam wstydu narobić albo rzecz całą zepsuć na zawsze.

— Wstydu! Wstydu! — zawołał dziadek. — Szlachta oszmiańska nikomu wstydu nie zrobi, ale też i tego nie zmaże, który kto sobie sam zrobił. Bo powiedzże sam, czy można było większego wstydu, większej hańby dożyć na starość, jak ja jej dożyłem?... O! Zanadto ja ojcem dobrym byłem dla niej! Zanadto!... Trzeba mi było po staremu: żywisz w sercu afekt przeciwny woli rodzicielskiej, żyć przestajesz dla świata. Klasztor był jedynym lekarstwem! Byłbym nie miał córki, to prawda, ale byłbym umarł spokojny i czysty stanął przed Bogiem. Dzisiaj, któż wie, jak to było i jak jest w rzeczy? Dzisiaj, co gadają po całej Litwie, a co już nie gadali za pierwszą razą! I czy wini kto stolnikową?... Dzieckiem była — powiadają — dzieckiem, kobietą; ona nie winna, ale on winien, on, ojciec! I cała hańba i wstyd, i paskudztwo to na mnie. A ja mam dziewięćdziesiąt trzy lat i hańby nie znałem przez całe życie!... Aż dopiero u grobu... Więc cóż mi z tego, że oni tu przyjadą? Ja wiem, cały powiat się zwali i pojadą, i rozniosą zamek ten lichy na proch, i żaden opór nic nie pomoże, bo diabeł odstąpi, gdzie kuso; ale cóż mnie już z tego?... Po kogo oni pojadą do zamku? Kogo mi stamtąd przywiozą?

I zadumał się stary. Ja też wziąłem za słowo i perswadowałem dziadkowi, jak mogłem. Wprawdzie i w moich oczach stolnikowa nie była bez winy; bo jużciż, nie rzecz jest dwom panom służyć, nie rzecz i woli ojca chcieć dogodzić, który Murdeliona nienawidził, i Murdelionowi, który się żenić chciał koniecznie i zawsze; nie rzecz igrać sercem i afektami, choćby nawet niedobrego człowieka, jednakże zawsze, że aż do takich skutków przyszło, winny460 tu podobno więcej były okoliczności niż ona, a gdyby i ona sama winną była, toż jej wina pochodziła li ze słabości serca i umysłu, co kobietom przecie się winno przebaczać. Więc nietrudna to była perswazja, a niemało się znalazło powodów i do uniewinnienia stolnikowej, i do wystawienia samej rzeczy w tak bardzo złym świetle; ale nie staremu to umysłowi co wyperswadować albo inne o raz już pojętej rzeczy nadać wyobrażenie! Toteż i dziadek słuchał i słuchał cierpliwie, lecz wysłuchawszy, rzekł swoje:

— Mój Nieczuja! Ty mi powiadasz rzeczy takie, które ja bym także potrafił powiedzieć. Mój rozum wprawdzie już stary i, zapewne, że nie taki obrotny, jak twój, kiedy młody; nie jest on w stanie co moment nowe wynachodzić461 argumenta, nie jest w stanie lekko i bez namysłu co chwila przerzucać się na inną ścieżkę, co chwila w innej się zakrzepiać krynicy, bo już stary, zakrzepły, zakamieniały, ale za to droga, którą on postępuje, ręczę tobie, że to bity gościniec. Dlatego wierz mnie, że to wstyd i hańba wieczysta!... Niektórzy ludzie, którzy długo żyją na świecie i mieli dość czasu dać się z każdej strony poznać swoim sąsiadom i ziomkom i nabyli dobrej sławy u nich, i ta sława ich niewzruszona stoi już lata i lat dziesiątki, tych dobrego imienia pewno że nie tak łatwo lada plotka się chwyci, lada potwarz splugawi, lada drobne zdarzenie nabawi wstydu — ale wiesz ty, że jeżeli niemałą sztuką jest umieć żyć na tym świecie, toż nierównie większą jest umieć umrzeć w samą porę. Ja tego nie umiałem i dlatego jeszcze raz powtarzam, że wstyd i hańba wieczysta!... A kiedy nie wierzysz, to posłuchaj, co będą gadać Litwini. Bo to u Mazurów świat inny i głowa inna, a niejedno złe, które tam już od dawna stało się ciałem i zamieszkało, tutaj jeszcze za dziw nad dziwami uchodzi. I u was to może byłoby nic, ale u nas wstyd i hańba wieczysta!... Ty bo może nie wiesz wszystkiego — dodał dziadek po chwili — i dlatego tobie rzecz ta inaczej się wydaje; ty może nie wiesz... — tu urwał dziadek i poglądnąwszy na mnie z góry, nagle zapytał:

— Czy zawsze stały jesteś w afektach dla Zosi?

— Zawsze i do śmierci, mój kochany jegomość, i mam nadzieję...

— No! Więc ja ci to dawno już miałem powiedzieć, bo i należało się: więc wiesz ty, że Zuzia?...

— Wiem, wiem, panie dobrodzieju; ale tylko szczególnym przypadkiem dowiedziałem się o tym.