— Ty przypadkiem — rzekł dziadek — a inni na prostej drodze. Więc widzisz, jakokolwiek bądź to się stało, winna ona czy niewinna, nie wstyd to i hańba wieczysta? Ja przed tą hańbą porzuciłem najukochańszą mi Litwę i uciekłem na Wołyń, i diabeł mnie tam wynalazł, i wygnał mnie stamtąd; z Wołynia uciekłem na Mazury, a w Mazurach nie tylko mnie stara hańba znalazła, ale jeszcze nową przyprowadziła ze sobą i tak zamiast jednej aż przez dwie takie jędze wiedziony, powróciłem do ojczyzny mojej, do Litwy, która już zapomniała była o hańbie mojej, a pamiętała tylko starego Wita, który z chwałą reprezentował ją po cudzych wojnach, który przez lat tyle cześnikował swojemu powiatowi, który sto spraw osądził, sto procesów wydarł sądom, stu nieprzyjaciół, zwaśnionych na wieki, pogodził ze sobą!... I myślałem, że jeżeli mi kiedy Bóg da wrócić na Litwę, to mnie szlachta powita jak ojca, jako towarzysza swych ojców i dziadów, i myślałem, że moje dobre imię, na które przez lat kilkadziesiąt krwawym trudem pracowałem, będzie już dzisiaj wyższe nad niepoczciwe języki i złośliwe rozumy i że choć teraz przed grobem zabłyśnie w należącej się jemu chwale. Myślałem, że choć jak ona lampa, która przez cały ciąg swego żywota, to tak, to owak świeciła, jednak przed zgaśnieniem jasnymi na wszystkie ściany zabłysła promieńmi... myślałem, że i ja tak zabłysnę... I prawda, wielu tu znalazłem przyjaciół, wiele czci, wiele poszanowania, wiele gotowości do pomożenia mi w tym nieszczęściu — ale dlaczegóż oni to czynią? Z litości! A czyż nie nędza to ostatnia, kto aż litości doświadczać musi?... Słuchaj mnie, Nieczujo! Gdyby nie ona, gdyby nie to dziecko, które pomimo to wszystko, kocham jak dziecko jedyne, ja bym im za tę litość!... Ale tak... Co ma robić dziś stary? Kilka godzin codziennie z Bogiem, kilka ze samym sobą, a zresztą już tylko pić, pić i upić się, i przez oczy mgłą obciągnięte patrzeć się na tych ludzi, którzy nigdy sprawiedliwymi nie byli w sądach i nigdy nimi nie będą. Pij, Nieczujo!

Ja piłem, ale dziwnie mi się jakoś zrobiło na sercu i duszy. Słowa one dziadkowe, które mi jawnie wypowiedziały, jakim okiem pogląda szlachta na stolnikową, na matkę najukochańszej mej Zosi, jakby gwóźdź rozpalony zawierciły mi w mózgu. Wstyd i hańba wieczysta! Jakimże okiem będzie poglądać na mnie ta szlachta oszmiańska? Jakim okiem współziemianie i sąsiedzi, którzy się pewnie o wszystkim dowiedzą?... I lubo462 pewnie tak gorąco kochałem Zosię, jak tylko który ze śmiertelnych kochać może kobietę, i lubo wiedziałem w głębi, że cóż to dziecko winno463 obyczajom swej matki, jednakże tak się wtedy zachwiałem, że byłbym się miał za najszczęśliwszego, gdyby mnie kto był nagle w rok miniony przerzucił. Myśl ta tak mi zajęła duszę, jakiś żal łzawy tak mi osmucił serce, że siedząc koło dziadka, głowę opuściłem na piersi i nie wiem jak długo tak przesiedziałem. Jaki był stan mój przez ten czas zamyślenia się mego, nie umiem opowiedzieć dokładnie, bo ani toczyła się jakakolwiek walka we mnie, ani układałem sobie cokolwiek na przyszłość, ani się spowiadałem przed sobą z przeszłości, ani wiem nawet dobrze, co czułem; to tylko pomnę, żem był cały ciężkim objęty smutkiem; gorzką jakąś napojony trucizną i jakby z nóg powalony. I byłbym tak siedział kto wie jak długo, bo już kilka godzin minęło, już i słońce się nachyliło, już i dziadek, wygadawszy się do woli, odszedł ode mnie — a ja jeszcze siedziałem i byłbym wdzięczny ludziom, gdyby mnie byli nie obudzili i gdybym był mógł z tego smutku i z tej chwilowej przejść do wiecznej martwoty.

Ale nie dano jeszcze żadnemu człowiekowi umrzeć wtedy, kiedy sam pragnął śmierci, i mnie też nie dano; Zosia, widząc mnie tak samotnie zadumanego pod lipą, zbliżyła się do stołu i oparłszy się oń, rzekła do mnie:

— Biedny pan Marcin! Czegóż tak zamyślony! Pewnie o mamie mojej nieszczęśliwej.

Zbudziłem się. Lecz popatrzywszy na nią, tak mnie ten widok ścisnął za serce464, żem zawołał tylko: „Zosia!” — i łzy mi się strumieniami puściły z oczu. Widząc łzy moje i ona się rozpłakała jak dziecko i usiadłszy na drugim końcu ławy, wciąż płakała. I płakaliśmy oboje, ale z dwóch cale różnych od siebie źródeł płynęły łzy nasze! A lubo ja o przyczynie jej łez zaraz się dowiedziałem, przyczyna moich została dla niej tajemnicą na wieki.

Śród tej sceny dał się nagle słyszeć tętent kopyt końskich z daleka i w tymże momencie krzyk na dziedzińcu:

— Jadą już, jadą!

Zerwałem się z ławy, łzy chustką otarłem, Zosia spłoszona pobiegła do domku, a nim ja kilka kroków dałem naprzód, aby zza lip popatrzyć w pole, już też wjechało w bramę kilkunastu jezdnych i stanęli w dziedzińcu.

Widok ludzi zbrojnych i koni, nie wiem jak na kim, ale na mnie zawsze czynił dobre, mogę nawet powiedzieć, że wesołe wrażenie. Zaraz więc stałem się inszym i nie było ani śladu łez na mej twarzy, ani pamiątki smutku na sercu, a kiedy Gintowt, który pierwszy zsiadł z konia, przystąpił do mnie z powitaniem i nieznaczną pochwałą swojego dzieła, ja witałem się już z nim ochoczo, jak gdyby mi przez cały ten czas serce drżało od niecierpliwości widzenia jego i przybyłych z nim towarzyszy.

Drugi szlachcic, który równocześnie z Gintowtem zeskoczył z konia, był to chłop duży i prawie głową mnie przenoszący. Pomimo wzrostu swego, który także do niepospolitości należał, wpadł on mnie i z innej przyczyny natychmiast w oko, a to po prostu z swojej doskonałej żołnierskiej postawy i ubioru. Mąż ten miał krótką, ze zielonego sukna na węgierską modę uszytą kurtkę na sobie, na głowie czapkę rogatą ciemnego koloru, na nogach buty jałowicze, cholewami powyżej kolan sięgające; do tej pojedynczości ubioru łączył on odpowiednią pojedynczość w uzbrojeniu: miał bowiem tylko potężną szablicę na skórzanym pasie przy boku i parę pistoletów lekkich za pasem. Kto znał szlachtę tamtego czasu i widywał ją w różnych okazjach, ten wie bardzo dobrze, jak złe wyobrażenie ona miała o moderunku wojennym. Dawnymi laty, kiedy szlachcic wyjeżdżał na wojnę, to nie wspominam już o tym, że brał na siebie co najlepszy żupan i kontusz z wylotami, które nieraz w ucieczce, zaczepiwszy się o drzewo, zsadzały go z konia, ale to główna, że uzbrajał się od stóp do głów, a pałasz, strzelba, nóż wielki lub kordelas przy torbie i trzy pary pistoletów na jednym szlachcicu z pospolitego ruszenia obaczyć, była to rzecz zwyczajna. Starzy żołnierze, którzy czy to w swoim, czy w cudzoziemskim wojsku czas dłuższy sługiwali i nauczyli się z doświadczenia, że nie ilość, tylko gatunek broni, a głównie serce stanowi żołnierza, naśmiewali się z tak objuczonych wojaków, a mój ojciec nieboszczyk nawet mawiał, że im więcej który broni zawiesza na sobie, tym ci pewno tchórz większy; jednakże nic to nie pomagało, a moda ta, która niby we krwi szlacheckiej już być się zdawała, uchowała się aż do ostatnich czasów. Później dopiero dowódcy, sami zawsze ubierając się w kurty węgierskie i uzbrajając się tylko pałaszem i jedną parą pistoletów, zaprowadzili także ten obyczaj i między szlachtę i na ten pojedynczy ubiór i uzbrojenie się tak nastawili, że u nas weszło to było w przekonanie, że po ubiorze i uzbrojeniu się poznasz zaraz gatunek i serce żołnierza. Owóż, gdy obaczyłem tego szlachcica, że także był po naszemu ubrany, zaraz mi się przypomniały dawne czasy i nie gadawszy z nim ani słowa, czułem już instynktowo, żem się zdybał ze swoim. Jakoż nie omyliłem się: był to bowiem ów z opowiadania innych już mnie znajomy Jur z Borowiczek. Kiedy mi to Gintowt powiedział, nastroiłem się zaraz i podając rękę Jurowi, rzekłem do niego: