— Tyle mi tu już pięknych i dobrych rzeczy nagadano o waszmość panu i bracie, że za jeden z najpiękniejszych dni mego życia uważam sobie ten, w którym los fortuny podaje mi sposobność poznania waszmości; to mnie tylko jedno zadziwia i zaraz zasmuca, że chodząc prawie jednymi drogami, nie zdybaliśmy się nigdy dotychczas.
— Nic w tym dziwnego — odpowiedział mi Jur na to, ściskając mnie rękę — jeżeliśmy się nie zdybali, kraj to wielki i ludzi w nim siła465; ja sobie przecie przypominam nazwisko waszmości, ano nie wiem, byłli466 to brat waszmości albo waszmość sam, który przed bitwą widawską przywiózł depesze naszemu Niemcowi?
Niemcem nazywano Zarembę, że się nosił z niemiecka; a ja rzeczywiście te depesze woziłem, więc odpowiedziałem:
— Ja to sam, panie bracie, woziłem te depesze, ale i to mnie jeszcze nie naprowadza na przypomnienie sobie waszmości, lubo przecież potem i w bitwie widawskiej partycypowałem, i po bitwie jeszcze dni kilka tam bawiłem.
— A wiem, wiem — rzekł Jur z Borowiczek. — Owoż nie dziwno, że waszmość za swoich kilka dni nie poznałeś wszystkich, którzy tam byli, i nie dziwno, że ja waszmości nazwisko pamiętam, bo przed bitwą, kiedy oficer z depeszami przyjedzie, toć o nim wiedzą w całym obozie.
— Tak, tak, panie bracie — odpowiedziałem — no, ale jak to! Góra z górą się nie zejdzie, a tu, gdzie Widawa, a gdzie Oszmiana, i tam bywszy razem, nie znając się, tu dopiero się poznajemy.
Wtem tamci pozsiadali z koni i po jednemu poczęli się zbliżać do nas, a podczas gdy Gintowt powiadał mi niektórych, co przedniejszych, nazwiska i zapoznawał mnie z nimi, w bramę wwaliła się druga takaż jezdnych komenda, niebawem też trzecia, i czwarta, a wszystko z wielkim brzękiem i hałasem; dalej to po jednemu, to po trzech, to po pięciu wjeżdżali a wjeżdżali, a nie minęło i pół godziny od przyjazdu Gintowta i Jura z Borowiczek, kiedy już cały dziedziniec od ganku aż do bramy tak był napełniony ludźmi i końmi, jakby plac obozowy.
Śród tego zbierania się ja porzuciłem mojego Jura, a poszedłem bliżej trochę oglądać ową, tak zachwalaną mi szlachtę oszmiańską. Ale nie obaczyłem tam nic nadzwyczajnego. Wiele było ludzi pięknych i koni jak trzeba; ale też hołoty nabiegło niemało, osobliwie też owych zagonowych, których lada kubkiem i do piekła by zwabił, a na których patrząc, przypominało mi się owo przysłowie, które powiada: że szlachcic od Oszmiany jedną nogę tylko ma w bucie, a drugą w łapciu chodzi. Uzbrojenie też tego całego tłumu było, jako i ludzie, różne, i rozmaite: jedni z nich po staremu byli zbrojni od stóp do głowy; na jednym człowieku i pałasz, i nóż, i strzelba lub garłacz, i pistoletów dwie pary, a trzecia przy kulbace, drugi ledwie miał dwoje broni, a niejeden był taki, który miał szablę bez pochwy lub goły rapir u boku, albo pistolet jeden wielki na temlaku467, ale i ten taki, że zjadłby diabła, kto by z niego wystrzelił.
Kiedy się to wszystko zjechało w dziedziniec i rozłożyło po wszystkich kątach, a jak zwyczajnie, ten poprawiał kulbakę na koniu, ów ostrzył szablicę, ci stare wystrzeliwali naboje, inni broń czyścili, ci skałki krzesali, ci nabijali na nowo i w całym dziedzińcu rumor był wielki i rozgardiasz — przez Gintowta z jednej, a przez Zosię z drugiej strony prowadzony pod ramię, wyszedł dziadek w dziedziniec.
Dziwny to i rozrzewniający był widok, kiedy starzec ten blisko stuletni stanął przed zgromadzającą się koło niego szlachtą i zdjąwszy czapkę z pokorą z białej jak mleko głowy, przez łzy cisnące mu się do gardła nie mógł zrazu ani słowa przemówić i tylko ręką witał przybyłych.