Obaczywszy dziadka, niektóra szlachta, już na sejmiku podpojona po trochę, zaczęła krzyczeć:
— Wiwat! Pan cześnik dobrodziej! Wiwat! Patriarcha nasz! — i różne inne rzeczy, ale wnet sykaniem drugich uspokojeni, umilkli i nastąpiła cisza tak poważna, jakby w obozie, kiedy ksiądz czyta mszę pod namiotem.
Śród tej ciszy dziadek, zawsze stojąc na miejscu, a na miejscu wyższym cokolwiek, bo dziedziniec był pochyły od ganku do bramy, odchrząknął raz i drugi i starym chropowatym głosem, odpoczywając za każdym punktem, przemówił w ten sens:
— Mnie wielce mości panowie i bracia! Nie spodziewałem się nigdy, abym, będąc okolicznościami zmuszony wyjechać z ukochanej mojej Litwy, kiedykolwiek jeszcze do niej powrócił. Grób dla mnie wykopany już był na Mazurach. Dzisiaj atoli inaczej Bóg wszechmogący rozrządził, a ja, zostawiwszy grób mój na kałużę dla wody cmentarnej, stoję oto przed waszmość panami i bracią i pokłon im szczery spod ubogiej strzechy mojej wynoszę. Jako ojciec nieszczęśliwej i czy to od szatana niewinnie prześladowanej, czy od Pana Boga sprawiedliwie karanej córki, powiadam to otwarcie, iż wolałbym, aby kości moje już dawno były pogniły w grobie, niżbym miał dożyć tak fatalnego terminu, jakim jest dzień dzisiejszy — jako obywatel i sąsiad zaś nie mogłem się doczekać dnia szczęśliwszego przed grobem, jako ten, w którym dostojne obywatelstwo naraz zgromadzone przed sobą widzę. A lubo, w którąkolwiek stronę tego przezacnego zgromadzenia oczyma rzucę, ani jednego z moich dawnych przyjaciół i towarzyszy dopatrzeć nie mogę, bo ci dawno już śpią po cmentarzach, toż jednak i to nad wszelkie wyrażenie wielkim ukontentowaniem jest dla mnie, że mi Pan Bóg pozwala widzieć ich synów i wnuków. Jakoż w tym razie, kiedy ja sobie czynię tę słodką iluzję, że z dawno już pomarłymi, dla których dotąd niespożyty afekt gore w mym sercu, w tym momencie rozmawiam, toż i wam, mości panowie i bracia, niechaj się tak wydaje, że nie z dalekich stron żywy z żywego kraju przybyłem, ale żem wyszedł z grobów i wam synom i wnukom przynoszę pozdrowienia od moich ukochanych kolegów, a waszych ojców i dziadów!...
Tu się dziadek zatrzymał, a podczas gdy w kilku miejscach dało się słyszeć głośne szlochanie, on kilka razy odetchnął i tak rzecz swą dokończył:
— Mości panowie i bracia! Żeście tutaj w tak znakomitej liczbie i tak pięknej postaci przybyli, ani wam za to dziękuję, ani was czczymi słowy o wykonanie przedsięwziętego zamiaru proszę, bo jako sąsiad wasz i przyjaciel, który trzy pokolenia przeżył w tym oszmiańskim powiecie, wiem to dowodnie, że jako uczynkami waszymi nie kieruje żadna stronność ani prywata, tak znowu wiem z drugiej strony, że za cnoty wasze nagrody nie wyglądacie skądinąd, jeno tu, od własnego sumienia waszego, a tam od Tego, który was wszystkich stworzył i który tylko sam jeden jest w stanie obywatelskie cnoty i zasługi wynagradzać wedle wartości. Ale oto jest biedna, opuszczona sierota — to mówiąc, dziadek wziął obok siebie stojącą Zosię za rękę i podprowadził ją o krok naprzód — która jak wiotki powój o samej wiośnie została się sama, opuszczona i nieszczęściami przygnieciona do ziemi, a podczas gdy główkę wychyliwszy do słońca, szuka drzewa mocnego, o które by się mogła obwinąć, znalazła tylko starego dębu pień spróchniały, który lubo musi służyć jej za podporę, jednakże raczej sam się powali i ją swym ciężarem przygniecie, niżby miał jej dać ulgę i opiekę. Ta sierota, mości panowie!... rzuca się przed wami na dziecięce kolana...
Tu się Zosia rzuciła na kolana i ręce złożyła, ale dziadkowi tak gwałtownie łzy się puściły z oczu, że już nie mógł nic dalej mówić. Szlachta też, jedna szlochając w głos jak pacholęta, inni łzy ocierając, okrążyli go ciaśniejszym kołem i całując w ramiona, w ręce, a niektórzy w róg granatowego żupana, wołali: „Daj pokój, bo rozpłyniemy we łzach i żałości!”. Inni zaś:
— Daj pokój, wszystko zrobimy!
— To ojciec nasz, to patriarcha!
— Z ojcami naszymi sługiwał!