— Naszych dziadów pogrzebał!
— Niech siada, niech siada, bo osłabnie!
— Żeby diabli pilnowali tego zamku, to go dobędziem!
— Mury na kawałki rozszarpiem!
— I miejsce zaorzem!
— Żeby ani ślad nie pozostał!
— A córkę mu tu na rękach przyniesiem!
— A tego łotra, co nam taki wstyd i hańbę...
— Na suchej wierzbie powiesim!
I poczęli brwi marszczyć, wąsami ruszać, że aż strach był patrzeć po tej garstce wojaków. Tymczasem dziadka posadzono na ławie pomiędzy lipami, co przedniejsi go obsiedli i obstąpili, zaręczając, że mu córkę przed północą przyniosą; inni przystępowali do Zosi kojąc jej łzy i szlochania, prawiąc grzeczności i przysięgając, że życie swoje położą za matkę dla sieroty. W dziedzińcu zaś zrobił się wielki gwar i zamieszanie; jedni beczki z trunkami wytaczają z stodoły, nalewają i piją: „Na szczęśliwe powrócenie stolnikowej!” — „Na śmierć diabłu weneckiemu!” — „Na powalenie w gruzy przeklętego zamczyska!”. Inni wynoszą jadła i pieczywa i rozkrawując je w powietrzu, podają drugim, inni jeszcze broń gładzą, ostrzą pałasze, kulbaczą konie; inni, jako Demostenes z Zalasówki, człek mały, pękaty i łysy, a prawie obdarty w ubiorze, jako Seneka Giembutowicz, chudy, wysoki, i zezowaty, powyłazili jeden na beczkę dnem wywróconą do góry, drugi na stos belek leżących pod szopą, i ogromadziwszy koło siebie po garstce słuchaczy, perorują z wielkim ferworem i dobitną gestykulacją. A muszą ci prawić coś nieźle, bo zyskują aplauzy i w dziedzińcu krzyk się wzmaga coraz groźniejszy i donośniejszy.