Ja byłem i tu, i tam, temu podawałem wino, tamtemu miód, trzeciemu jadło, tamtego perory słuchałem przez chwilę, temu kompliment powiedziałem od dziadka, a onemu pochwaliłem broń albo konia, wszędzie starając się o to, ażeby nadto wielki ferwor umitygować, ale ducha dobrego ustalić i utrzymać. Przy tej robocie nie tylko to miałem na celu, aby dziadka w obowiązku gospodarskim wyręczyć, ale zarazem i to, żeby się z tymi ludźmi choć cokolwiek obeznać i wśród aktu samego wiedzieć, gdzie się po co rzucić i kogo do czego użyć; bo naprawdę powiedzieć, ja sobie zdobycia tego zamku nie uważałem za rzecz tak małą. Murdelio był człek niegłupi i do tego takiej determinacji, jak mało kto; a z takimi ludźmi, zwłaszcza w chwilach stanowczych, niełatwa jest sprawa. Przypomniawszy zaś sobie, że na wiadomość o oburzeniu się całego powiatu na niego i rozpacz go mogła owładnąć, można było i o zwycięstwie powątpiewać. Ja przynajmniej tak tę rzecz rozumiałem i w tym celu kręciłem się między szlachtą i wyrozumiewałem, co mogłem, a lubo468 w niedługiej chwili już mi się wiele rzeczy wyjaśniło, to jednak jakoś jeszcze niekontent byłem i sam nie wiedząc, czego, jednak czegoś szukałem. Aż dopiero gdy już wszystkich co celniejszych poprzechodziłem z osobna, pokazało mi się jawnie, że to, czego szukałem i znaleźć nie mogłem, był Jur z Borowiczek. Oglądnąłem się jeszcze raz i rzeczywiście nigdzie go ujrzeć nie mogłem i dziwno mi było, że on, pierwszy junak oszmiańskiego powiatu, na którego jakby na cztery tuzy liczono, w którego ręce już naprzód składano komendę, nie mówię, zniknął z placu, ale odsunął się w kąt w takiej chwili, w której przytomność zaufanego wodza wiele działa na podkomendnych. Ja już w moim życiu widziałem i bardzo wielkich junaków w stanowczej chwili znikających z placu. Więc tym większa chęć mnie wzięła koniecznie odszukać Jura z Borowiczek i obaczyć, co on też robi. Jakoż po niedługiej chwili znalazłem go wewnątrz stodoły, siedzącego w kącie na ławie, opartego plecyma469 o wiązkę słomy i głęboko zadumanego. Przystąpiłem tedy do niego i rzekłem:

— Cóż waszmość tak samotnie? I od kolegów z dala, i od posiłków z dala, a przecież to noc przed nami i podróż dwumilowa, i robota może nielekka.

— Głodny nie jestem — odpowiedział mi na to Jur z Borowiczek — a choćbym nawet i głodny był, to wolę głód przenieść470, niż słuchać tego nieznośnego gwaru, który mnie dzisiaj tak razi, jakby mnie kto nożami krajał.

Niewiele to jest junaków na świecie, którzy gwaru nie lubią, i owszem, jest to ich żywioł właściwy, jako woda dla ryby lub powietrze dla ptastwa; więc ta odpowiedź jego zajęła moją uwagę, a że dopiero co słońce zaszło było i jeszcze najmniej z godzinę należało się z wyruszeniem zatrzymać, więc usiadłem koło niego, mówiąc:

— Dziwi mnie to niepomału471, że waszmość, który, jak mi tu powiadają, wzrosłeś śród gwarów wojennych, myśliwskich i zajazdowych, dzisiaj go znieść nie możesz.

— Otóż to może najgorzej — rzekł on na to — że co przypomina! Nie będziesz bowiem waszmość rozumiał, że ja mam nerwy słabe i dla nich znieść nie mogę, że kilkunastu, szlachty krzyka sobie przy kubkach i szablicami pobrzękuje; ano to mnie jest nieznośne, że dla prywaty się tu zlecieli, jako muchy do miodu, i krzyczą, a junakują tak srodze, jakby już z parę światów zburzyli w swym życiu i teraz znów szli na jeden. To mnie jest przykro i za to mnie serce boli! Prozopopeja472 wielka, a rzeczy ani krzty.

— To masz prawdę! — zawołałem na to Jurowi. — Jać niedawno żyję na tym świecie i więcej może lat stoi przede mną niż za mną, ale przecież coś jeszcze dawniejszego światu zarwałem. Inny świat, inni ludzie. Z czynów pozostały wspomnienia, z mężów hałaśliwi żakowie, z czynnego ducha, jak to dobrze waszmość powiadasz, czcza tylko prozopopeja! Tak to jest u was, tak u nas, tak podobno i w całym świecie.

— Mój Boże! — rzekł na to Jur smutno, opierając na łokciu głowę. — Gdzież to dawnymi czasy!... Gdzież to dawnymi czasy, gdzie to słyszano, żeby dla lichego zajazdu takie robić hałasy, takie robić konspiracje, żeby o tym, nim się jeszcze rzecz zrobi, już po całym kraju słyszano? Gdzie kto to widział, żeby dla lichego zajazdu aż sejmik zrywano?... Ale co mi tam na tym! Ja już swoje wygrałem.

Odetchnął na chwilę Jur z Borowiczek, jak gdyby wyczekiwał ode mnie odpowiedzi, ale ja już nic nie odpowiadałem; mnie się już serce pławiło we łzach gorących, bo mnie w najsłabszą uderzył stronę. On zaś ciągnął dalej:

— Ba!... Ale co tam waszmości!... Wpadła w oko podwika, zaprószyło się serce, to i szczęście będzie, i spokój, i życie jakie takie, kiedy pójdzie po ręku. Ale mnie inna473... nie ma już dla mnie szczęścia i spokoju na świecie!