I tak to było, kiedym sobie przypomniał słowa nieboszczyka mojego ojca, który krótko przed śmiercią mówił mi:
— Starym84 już, panie Marcinie, i lada dzień przyjdzie mi iść do owej gromady Nieczujów, którzy gdzieś w niebie dosługują Panu Bogu tych służb, których przez wojny i niepokoje nie mogli dosłużyć tu. O! I u mnie się znajdzie niemały do zapłacenia dług, bo się wiele czasu zmarnotrawiło na służbach postronnych. Ale ty zostaniesz młody i zaledwie od ziemi odrosły, któż ciebie poprowadzi w dalszy świat? Rad specjalnych żadnych nie mogę ci dać, bo czyż to wiem, w jakich terminach będziesz? Ale pamiętaj sobie to: primo, bez wysłuchania mszy świętej żadnej wielkiej nie poczynaj imprezy; secundo, bez spowiedzi i przyjęcia ciała i krwi Pańskiej żadnego solennego aktu nie czyń; a tertio, kiedy będziesz in dubio85 w jakiejkolwiek materii, starych a prawych ludzi się radź. Póki żyje pan Błoński, niechaj on będzie kompasem dla ciebie.
Pan Błoński, dziedzic Kotowa, Berezki i wielu innych włości, dawniej chorąży, później stolnik sanocki, a podczas konfederacji jednomyślnie marszałkiem obrany, który to urząd jednak dla wieku swego i podagry odrzucił, mieszkał tylko o milę ode mnie. Zaraz też nazajutrz pojechałem do niego i pograwszy z nim jaką godzinkę w warcaby, w którą to grę każden86 gość zawsze z nim musiał grać, rozpocząłem długą w materii ożenienia się mego naradę. Owóż, wysłuchawszy mnie, tak mi on rzekł:
— Chwali się to waści i bardzo, że postanowienie się w stanie małżeńskim za akt ważny uważasz i czynisz go materią statecznego rozmysłu. Cieszyłby się skarbnik nieboszczyk tym niepomału87, gdyby żył jeszcze; jednakże zanadto skrupulatnie rzecz bierzesz i za mało ufasz sobie. Rannego wstania, rannej siejby i rannego ożenienia jeszcze nikt nie żałował, a którego doświadczenia jeszcze dziś nie masz, tego z czasem nabędziesz. Moja rada, nie marnować czasu daremnie za młodu i samowolnie się nie narażać na złe pokusy. Puść się waść trochę w świat, właśnie idą zapusty, oglądaj się pomiędzy ludzi i szukaj, a kiedy co znajdziesz, do czego byś pociąg serca miał, to niech Bóg błogosławi. Tylko się nie pnij pomiędzy pany, bo z paniątkiem to bieda.
Ja też odpowiedziałem:
— Niech mnie Bóg broni, panie chorąży dobrodzieju, żebym się piął wysoko! Nieczujowie zawsze pośrodku, ale dobrego rodu musi być, bo z byle kim krwi mojej nie zmięszam88. Nie dałbym spać spokojnie moim ojcom po grobach.
— Tak się należy — odpowiedział pan Błoński — ale szlachta nasza sanocka jest dobry ród, chociaż ubogi, a może i niejednemu senatorowi by trochę dziadów i babek zabrakło, gdyby się z nimi obliczył. Kto tego ciekawy, niech zaglądnie do ich familijnych papierów, które starannie chowają, a przekona się, że prawda jest, co powiadam. Kiedym stolnikował tej ziemi, zdarzało mi się nieraz widzieć u nich dokumenta jeszcze od Bolesławów in originali89, a to niemała rzecz, mospanie, bo u nas, jeżeli kto sięgnie rodem do Ludwika Węgierskiego, to już powiada się wielką krwią90. I nie ma się co na to oglądać, że ich przodkowie ani się gęsto rozsiadali w senacie, ani się bardzo pięli do wysokich zaszczytów, bo przecie wiadomo jest, że ziemia ta nawet nieczęsto bywa wspominana w historii. Nie wadzi to jednak nic do starożytności rodu tutejszej szlachty. Ziemia ta, odgraniczona prawie dokoła górami od innych, a południową stroną do samych Węgier przypierająca, od wieków rada zamykała się w sobie samej, a jak ona mało mięszała się do wewnętrznych spraw Rzeczypospolitej, tak i Rzeczpospolita nawzajem mało wglądała w nią. I dobrze było obudwom91 z tym, a to o tyle lepiej, ile że Rzeczpospolita z przyczyny ziemi sanockiej nie miała nigdy żadnych ciężarów ani kłopotów, a natomiast miała z niej pewną i uczciwą pomoc w każdym naglejszym razie. I tak nieodmienna tradycja jest, że podczas wojny Jagiełły z Krzyżakami ziemia ta tak piękną wystawiła chorągiew, że aż samemu królowi wpadła w oko i miało być tak, że kiedy w siedem lat po owej bitwie grunwaldzkiej Władysław król z Elżbietą, córką Ottona z Pilczy a wdową po hrabi Granowskim, ślub miał brać, to przez wdzięczność za ową przysługę sanockiego rycerstwa, brał go w kościele w Sanoku, któremu to obrzędowi szlachta tutejsza asystowała in pleno92, o czym nawet piszą historykowie. Jednak kto by chciał historię tej ziemi układać, co by była rzecz bardzo piękna i uczciwa, ten daleko dalej by musiał sięgnąć, a to aż w owe zamierzchłe czasy, kiedy całe góry sanockie były tylko kilku rodów szlacheckich własnością. Niektóre z nich chowają się jeszcze dzisiaj, a lubo już tak podupadły, że tylko na jednej albo na kilku wioskach siadują, to jednak znajdą się u nich dowody na to, czym ich przodkowie bywali dawniej i kędy były ich dziedzictwa granice. Ile mnie jest wiadomo, to najdawniejszymi rodami w tych górach są: Urbańscy, Karszniccy, Osuchowscy, Troskulascy i Wisłoccy. Późniejszymi czasy przyszli dopiero z Węgier Balowie i wciąż ziemie kupując a bogato się żeniąc, do wielkiej powagi tu przyszli, a nawet i owych starodawnych przyćmili, bo najdują się i w senacie, i na kasztelaniach drążkowych, i podkomorstwach bardzo gęsto. Bobowscy zaś, Strzeleccy, Krajewscy, Górscy to już późniejsi, ale za to znowu od nich dawniejsi Laskowscy, którzy idą od Oświecimów, i Konarscy. Jakoż piękne miejsce zajmują Bukowscy z Nozdrca i Bukowa, Trzcińscy z Dynowa, Żurowscy z Rączyn, Nowosielscy z Wojtkowy, Chojnaccy ze Strwiążyka, Dydyńscy z Sielnicy i Witryłowa, Łazowscy z Dydni; dalej Tarnowieccy, Łaszewscy, Walewscy i Zarembowie, na koniec Pieniążkowie, którzy z krakowskiej, Wiktorowie z sądeckiej, Brześciańscy z Rusi Czerwonej, Gniewoszowie z przemyskiej, Łosiowie z halickiej ziemi, a Jordanowie znad Wisły tutaj pozachodzili, gdzieś aż około pierwszego najazdu Szwedów na Polskę. Że nie wspominam o znakomitszych tej ziemi domach, jako o dawno wygasłych już Kmitach i dziś żyjących Krasickich i Stadnickich, którzy, lubo tutaj niektóre ziemie posiadali, jednak pierwsi mając Krasiczyn, drudzy Łańcut kolebkami swych rodów i mieszkając już prawie w senacie, raczej do całej Rzeczypospolitej należą i w komput93 prowincjonalnej szlachty nie wchodzą. Na dowód starożytności owych rodów szlacheckich, o których najpierwej wspomniałem, nie tylko służyć mogą niektóre dokumenta i pamiątki, które się pomiędzy potomkami przechowały, ale głównie podania, które się w ich ubogich dziś dworkach razem ze starymi Bibliami i kronikami pielęgnują. Do niektórych imion przywiązane są odwieczne, a czasem bardzo piękne powieści, które jawnie świadczą o ich najdawniejszym pochodzeniu i owym, dziś już wyziębłym, znaczeniu, którego dawnych czasów zażywały. Przodek pomiędzy nimi wszystkimi trzyma ród starodawny Urbańskich, o których to powiadają: praszczur ich w prostej linii, który żył za króla Bolesława Chrobrego, a jeszcze wedle ówczesnych obyczajów się inaczej nazywał, był okrutnie bitnym rycerzem i mając własną na swoim sumpcie94 utrzymywaną chorągiew, całe życie trawił na wojnach. Owoż, kiedy Bolesław król wojnę miał z Rusinami, ów Urbański przyszedł mu ofiarować swój sukurs95 i wyćwiczonym żołnierzem swoim tak potężnie Rusinów gromił, że aż sobie szacunek, a potem i przyjaźń królewską pozyskał. Owoż, kiedy się Polacy z Rusinami spotkali nad Bugiem i wielką bitwę im dali, jakoś szczęście poszło na stronę nieprzyjacielską; Urbański jednak przytomności nie tracąc, a widząc, w którym miejscu najgroźniej nieprzyjaciel prze, kiedy tam wytnie ze swoimi, zaraz też i szala szczęścia przeważyła się na stronę naszą, a Bolesław król po staremu ze zwycięstwem odeszedł. Urbańskiemu jednak za owo męstwo dał taki przywilej, żeby szedł tutaj w te góry i ile sobie ziemi mieczem zdobędzie, tyle jej może posiąść dla siebie i potomków swoich. Otóż on, jak tu wpadł, to całą przestrzeń, co to dziś nazywają za Chwaniowem, od samego Przemyśla i Dobromila po prawym brzegu Sanu, aż po dzisiejsze Lesko i Ustrzyki, zabrał i opanował. Wielkie miał tedy państwo ten rycerz, a chociaż potem dużo ziemi od jego potomków poodpadało i snadź pomieniali za inne, to jednak tej familii fortuna tutaj przez długie czasy największą była, a za mojej pamięci jeszcze do Urbańskich w samym Sanockiem należało do kilkudziesiąt wsi; ale służbę około Rzeczypospolitej nigdy inaczej nie odbywali, jeno z żelazem w ręku, a do wysokich urzędów się nie pięli, bo już taki był obyczaj w ich rodzie. Co nawet bardzo pięknie za nimi świadczy, bo owe parcie się do zaszczytów i urzędów, to zawsze pokazywało się, że to jeno była żądza starostw, intrat96 lub władzy w celach jakich partykularnych97. Otóż to tak było, mospanie — kończył pan Błoński — i tak się ma rzecz z owym szlachectwem sanockim; gdzie zaczepisz, mospanie, to czy będzie fortuna, czy nie, ale krew pewnie jest.
Z wielką uwagą słuchałem tych pana chorążego powieści, które jeszcze dalej ciągnął, bo jako tak stary człowiek, każdy prawie ród na palcach znał. I dawniej to jakoś u wszystkich pierwsza była rzecz, ażeby i swój ród, i sąsiadów dobrze znać i stąd zawsze wiedzieć, co się komu należy. Za moich czasów dopiero, kiedy ludzie poczęli się filozofią bawić, a rozum nad dawne zwyczaje wynosić, dopiero i tamto wszystko wzięło w łeb, a dziś niejeden już może nie wie, jaki i był jego dziad.
Otóż nasłuchawszy się wielu ciekawych rzeczy od pana chorążego i wszystko to sobie pięknie w głowie rozważywszy, wróciłem z postanowieniem puszczenia się trochę w świat, a kiedy by Bóg dał, to i poszukania sobie żony w jakim uczciwym domu szlacheckim. Dopieroż począłem sobie roić po głowie: jaki wóz wezmę w tę podróż? jakie konie? jak sobie ludzi ubiorę? w którą udam się stronę? Ot! Jak to u młodych bywa zwyczajnie. Ale to człowiek tak, a Pan Bóg inak. Jednego dnia, kiedym ani pomyślał o tej podróży i w mróz trzaskający, że aż gonty pękały na dachach, krzątam się koło śpichrza, patrzę, sunie Mazur z kobiałką na plecach i z listem za wstążką od kapelusza, a zziąbł jak lód.
— Pochwalony.