A dziedziniec aż chodził wokoło od samego gwaru, pobrzęku i różnej swawoli, którą drudzy, popiwszy się do szaleństwa, dokazywali. Kiedyśmy weszli pomiędzy nich, a ja się rozpatrzyłem bliżej we wszystkim, co się działo, a już zmrok był zupełny i księżyc jeszcze ani myślał wychodzić na niebo, bo działo się to w dzień, dwa dni po pełni, że i nie mogłem dojrzeć wszystkiego: „Źle — pomyślałem — szlachta pijana jak susły”. — A do tego stopnia pijana, że nie tylko się tak głośno całowali, jakby kto strzelał z batogów, ale drudzy się aż z koni ściągali z swawoli, inni nawet po ziemi tarzali. Szklanka, dwie, trzy zresztą dla fantazji i dobrego humoru, to jest rzecz niezła i owszem, skuteczna, ale spić się jak bele w takiej chwili, kiedy się komuś przyszło na pomoc i ma los jego rozstrzygać, to diabła warta taka robota. Jakoż zaraz podybawszy Gintowta, rzekłem do niego:

— Panie cześniku dobrodzieju, czy nie nadtoście tym ludziom w szyję nalali?

— Jak to, na czczo? — rzekł Gintowt, patrząc mnie się prosto w oczy i pokręcając siwawych wąsów.

— Ja mówię, czy nie nadto?

— Nic nadto, w samo prawie — odpowiedział pan cześnik, ale odchodząc, tak potężnie się kiwnął na stronę, iż ani chwili nie wątpiłem, że i on ma w samo prawie.

Wtem przystąpił do mnie Jur znowu, który już tymczasem cały dziedziniec był obszedł i rzecze:

— No! Panie bracie, teraz my się napijmy po kropli, bo już czas wielki.

— Dobrze — rzekłem — ale coś im tu zanadto ponalewali.

— Nic nie szkodzi, przecie to półtorej mili drogi.

Podał nam też zaraz pan Kościuszkiewicz dwie butelki dobrego wina, które wypiwszy sobie z Jurem w ręce, rzuciliśmy na ziemię; on zaś wystąpiwszy na stół kamienny, już nie smutnym, ale donośnym i czystym jak dzwon głosem zawołał: