— Kochany Krzysztofie, jedź ty, jedź z Panem Bogiem; ty mi tu nic nie pomożesz, a tam w domu kto wie co się dzieje? Dziękuję ci za tyle trudów, które poniosłeś dla mnie w Tarnowie i Bóbrce, a kiedy bym widział, żeś mi tu potrzebny, to ja nie będę się wahał napisać do ciebie.
— Pojadę — rzekł Michałowski — muszę pojechać; jutro się wybiorę.
Tymczasem dnia drugiego ledwie co Michałowski wyjechał, zaraz z południa zajeżdża przed ganek bryka końmi zaprzężona, niemiłosiernie wypakowana, a w niej Kąkolnicki, ów znajomy nam wuj mego współzawodnika, starościca Lgockiego. Przyjazd jego o sto mil i w takich okolicznościach niemile mnie przeraził, a kiedy do tego jeszcze pani stolnikowa gościa tego przyjęła z niezwyczajną grzecznością i uprzejmością, tom już był tak znudzony i tak mnie chęć do wszystkiego, a nawet do życia odpadła, że mi nawet rozmowa z Zosią tylko jakiś żal i boleść sprawiała.
Do wieczora atoli postać rzeczy się całkiem zmieniła. Kąkolnicki nie przyjechał ani promować konkurencję Lgockiego, ani go deklarować, ale przyjechał go szukać; starościc bowiem, jak wyjechał w dni kilka po moim uwięzieniu na Litwę, tak i przepadł jak kamień w wodzie. Krewni jego zrazu byli spokojni i wyczekiwali wiadomości od niego, ale gdy ta nie nadchodziła, a miast niej poczęły roznosić się różne wieści: to, że zajechał aż gdzieś w Żuławy i tam jako konfederat pojmany i do pruskich fortec odstawiony; to, że od rozbójników w Górach Świętokrzyskich zabity; to, że przy napadzie na zamek Murdelionów usieczony — krewni jego się zaniepokoili do ostatka i pana Kąkolnickiego za nim wysłali. Wiadomość ta niedobrą była dla pana Lgockiego i jego krewnych, ale dla mnie nie zawierała nic złego, powiem nawet prawdę, że mnie w dobry humor wprowadziła. Niedobrze to jest cieszyć się z cudzej szkody, ale trudnoż naturę ludzką odmienić. Gniewało mnie to cokolwiek, że pani Strzegocka więcej rada była panu Kąkolnickiemu niż każdemu innemu, że się do znudzenia dopytywała o Lgockiego i wszystkie o nim krążące wieści; ale koniec końców wolałem to, niż gdyby sam starościc przyjechał. Ale nie dosyć na tym. Pan Kąkolnicki potwierdził także wiadomość o Zuzi, którą każdemu komunikował z osobna. I pokazało się, że nie kto inny, tylko Murdelio, świeckiego pana postać na siebie przybrawszy, przyjechał był do Strzegocic, powiedział się ojcem Zuzi i zyskał u niej wiarę całkowitą. Przywiózł potem ze sobą barona Holmfelsa, ożenił go z nią i uczynił im zapis znaczny na swoim majątku. Państwo młodzi po ślubie zamieszkali w Tarnowie, Murdelio zaś po raz setny zniknął bez wieści, dając znowu powód do najróżniejszych o sobie pogłosek.
Potwierdzenie się tego wypadku, jakie uczyniło wrażenie na wszystkich, nie będę już opowiadał obszernie, a nadmieniwszy to jeszcze, że we dwa dni potem w samej rzeczy list przyszedł od Zuzi, przepraszający matkę, że dla nagłości nie miała czasu naprzód prosić o błogosławieństwo, dodam tylko, iż to wszystko znowu mnie dobrze usposobiło, i to tak dobrze, żem postanowił bezzwłocznie przystąpić do deklaracji.
Jakoż zaraz dnia następnego po wyjeździe pana Kąkolnickiego z dziadkowego dworu, wypatrzywszy chwilę, w której pani stolnikowa sama się znajdowała w apartamentach, wszedłem do niej i począłem w ten sens:
— Niechaj to waszmość pani cale nie będzie dziwno, że na tej drodze, na której mi się raz powinęła noga, po raz drugi jeszcze swego szczęścia próbować przychodzę. I nie tylko nie ma mi to być policzonym za złe, ale owszem, krok ten sam winien dać mnie świadectwo, że tylko szczery i niczym niezwyciężony afekt dla panny Zofii jest jego powodem. Ile zaś afekt ten jest statecznym i od wszelkiej rachuby dalekim, mam tę nadzieję, że zaświadczy samo sprawowanie się moje, serdecznym przywiązaniem dla całego domu i wszelkich spraw waszmość dobrodziejstwa tchnące i pomimo wielu przykrości, w niczym do dziś dnia nieodmienione. Nie chełpiąc się wcale żadnymi zasługami moimi, mogę mieć jednakże, jak mi się zdaje, śmiałość rachowania na pewne względy, tak u waszmości dobrodziejki, jako i u całego jej domu, a nie będąc w niczym gorszym choćby i od najlepszych obywateli i czując się wcale w przyzwoitej i stosownej do tego pozycji, rzucam się jeszcze raz do nóg waszmości pani i najpokorniej upraszam, iżby mi wolno było stanąć nareszcie u celu najgorętszych mych życzeń i dozgonnym węzłem połączyć się z tą, dla której dawno już ślubowałem całe szczęście mojego życia.
Pani stolnikowa, lubo500 podczas mowy mojej różnie się mieniła na twarzy, wysłuchała mnie jednak cierpliwie, a kiedym skończył, odpowiedziała:
— Hm!... Wiedziałam naprzód, że się to tak skończy... Ale, doprawdy, nie wiem, czy waszmość serca nie masz, czy rozumu na koniec nie masz, że nie wiesz, co być może, a co nie może. Ja waszmości bardzo wdzięczną jestem za to wszystko, co nazywasz poświęceniem się czy przywiązaniem dla domu mego i dla mnie; ja mu tego nie zapomnę do śmierci... pewnie mu nie zapomnę... i wdzięczną będę w każden podobny sposób... ale tej pretensji, żeby przywiązanie do domu ręką córki wynagradzać... nie! Ja tego nie pojmuję.
— Mościa pani! — rzekłem ja na to dosyć porywczo. — Ja się nie mam za żadnego mędrca nadzwyczajnego, ale nigdy jeszcze nie dostrzegłem tego na sobie, iżbym rzeczy proste pojmował inaczej, jak je pojmuje świat cały. Konkurencja moja, lubo przez niezwyczajne przechodzi koleje, jest rzeczą prostą i tak, jak ja ją rozumiem, rozumieją wszyscy; ale postępowania waszmość pani ze mną i sam Salomon, gdyby wstał z grobu, wytłumaczyć by nie potrafił!