— Jeżeli waszmość przyszedłeś po to do mnie, ażebyś mi niegrzeczności gadał, to raczej skończmy rozmowę — rzekła pani Strzegocka i powstawszy z krzesła, chciała wyjść z tego pokoju. Ale ja nie dopuściłem do tego, wołając w głos:
— Pani! Tego jest nadto! Ja się staram już przeszło pół roku o rękę Zosi, pozyskałem sobie jej wzajemność, dałem niezaprzeczone dowody mojego przywiązania nie tylko dla niej, ale i dla samej pani...
— Dla mnie! — zawołała Zosina matka. — Któż dał dowody przywiązania? Waszmość? Jmć pan Gintowt? Jur z Borowiczek? Owa szlachta oszmiańska? Kto was prosił o takiego przywiązania dowody? Otóż wam powiem, że nie przywiązania dowody, ale zbezcześciliście mnie, zhańbili wobec całego świata! Nie cierpię was, nienawidzę, nie chcę widzieć na oczy!... — wołała pani stolnikowa, zakrywając chustką spłakane oczy. Tedy ja na to łagodnie:
— Nie chcę ja sądzić w tej sprawie, bo na to, jako widzę, trzeba by znać wszystkie ludzkie serca na wylot. Pomimo to jednak trwam statecznie przy mojej prośbie...
— Nie dam córki waszmości! — przerwała mi pani Strzegocka. — Gdybym cię na śmiertelnym łożu konającego widziała z miłości, jeszcze by mnie to nie wzruszyło! — Śród tych słów drzwi się otworzyły i powolnym krokiem wsunął się dziadek do izby, a widząc córkę zapłakaną i wołającą do mnie coś w gniewie, spytał z wolna:
— Cóż to się dzieje?
— Panie! — zawołałem ja na to, składając ręce do niego. — Ty umiesz czytać w ludzkich sercach, ty dobrze czytałeś w moim! Ty sądź, ty rozstrzygaj!
— O cóż to chodzi? — zapytał pan Wit.
— Deklaruję się po raz wtóry o rękę Zosi i po raz wtóry dostaję rekuzę.
— Rekuzę? — rzekł dziadek. — Któż śmie dawać rekuzę, kiedy ja już dawno przyrzekłem?