Na te słowa Zosia, która, zapewne swoim wybornym instynktem wiedziona, podsłuchiwała pod oknem lub drzwiami, ze łzami w oczach i drżąc cała nie weszła, lecz wskoczyła do naszej izby, co ujrzawszy dziadek, wziął ją zaraz za rękę i oddając mnie ją, rzekł:

— Oto jest twoja żona. Klęknijcie, niech was pobłogosławię.

Myśmy się rzucili na kolana przed dziadkiem, ale w tym momencie także i stolnikowa rzuciła się na kolana, wołając:

— Ojcze! — Ale on do niej:

— Precz! Nie kuś mnie do grzechu śmiertelnego przed grobem. — A do nas:

— Błogosławię was, dzieci moje, i życzę, abyście tyle doznali pociechy w życiu, ile ja smutku i utrapienia.

Na to pani Strzegocka zerwała się z kolan i drąc chustkę we dwoje, a łkając głośno, wyszła do przyległego alkierza; myśmy się milczkiem wysunęli na ganek.

W dzień św. Michała501 już wszystko było gotowe do mojego ślubu.

Konopka, zawezwany sztafetą przeze mnie, natychmiast przyjechał, ażeby wedle danego niegdy słowa służyć mi za drużbę. Po wiadomościach, odebranych od Zosi, spodziewałem się, że mu tym zawezwaniem przykrość wyrządzę, ale było wcale przeciwnie; przyszedł on na koniec do tego rozumu, że Zuzia nie była partią dla niego i rad był temu, że się to rozerwało. Dlatego w jego oczach zamiast smutku dojrzałem szczerą wesołość, a na ustach wdzięczność dla mnie, iż mu podałem sposobność przejechania i rozerwania się cokolwiek po dawniejszych trudach i umartwieniach.

Michałowscy, także natychmiast po deklaracji zawiadomieni przeze mnie, lubo się tylko jego samego spodziewałem, przyjechali oboje, za co nie mogłem się dosyć nadziękować ukochanej Jadwisi, która, będąc prawie jeszcze niezdrową, nie wahała się podjąć trudu tak dalekiej podróży, aby być świadkiem mojego szczęścia. Przyjęcie moich braterstwa przez stolnikową, która aż dnia drugiego po ich przybyciu raczyła się im pokazać, było tego rodzaju, że aż się spłakała Jadwisia; ale znajomość bliższa, zabrana z anielskiej dobroci Zosią, i świadomość jej przywiązania do mnie prędko te łzy ukoiła.