Z gości obcych w dzień ślubu cale niewiele przyjechało. Kobiety ani jednej... tak to silną i wszechwładną była jeszcze natenczas opinia publiczna! Z mężczyzn zaś tylko kilku starych pana Wita przyjaciół, Gintowt, Jur z Borowiczek i kilku młodzieży, których przyjaźń jam sobie przez czas mego pobytu na Litwie pozyskać umiał.
Tak więc o samym południu, podczas gdy koło ubogiej cerkiewki w dziadkowej wiosce sercem przywiązany do swoich panów lud wiejski oczekiwał na ciekawe dlań widowisko, drużki, którymi nikt inny być nie mógł, tylko jedenastoletnia córeczka Jadwisi i panna służebna Zosi, ubierały pannę młodą do ślubu. Zosia, niebożątko, płakała przy tym akcie rzewnymi łzami i miała wiele do płaczu powodów. Pomijam to, że w tym momencie żegnała się z całym wiekiem dziecinnym, przeżytym w niezwichnionym szczęściu u kolan kochającej ją niegdyś matki; że się żegnała z swoimi wszystkimi snami i marzeniami o tęczach i kwiatkach, z domem rodzinnym, z rodziną i owym najukochańszym dziadkiem, którego kochała tak, jak bluszcz wiotki kocha starą zamkową ruinę, przy której wzrósł, rozzielenił się, rozkwitł i giętkimi ją objąwszy ramionami, rad by już umrzeć tak przy niej i grób swój znaleźć u stóp jej... ale to była boleść wielka i wielkich łez godna, że jej wraz z tamtymi stratami przyszło tracić miłość ukochanej swej matki, która od dni kilku już ani słowa do niej nie rzekła, która słowa błogosławieństwa powiedziała tak zimno i obojętnie, że aż dreszcz nas przeszedł od stóp do głowy; która na koniec w sam dzień ślubu dostała spazmów tak uporczywych, że nawet do kościoła z nami pójść nie mogła.
Smutek ten Zosi i mnie się udzielił, udzielił się on i naszym gościom weselnym, a kiedyśmy szli do kościoła, to lubo502 Gintowt, który nam starostował, wesołością i igraszkami tak sadził, że inną razą byłby cały powiat przy nim w tan poszedł, dziś jednak nic nie skutkowało, a orszak raczej podobien503 był pogrzebowemu konduktowi niż weselnikom idącym po wieczne szczęście przed ołtarz Pański.
Pomimo to jednak, gdyśmy po tym smutnym obrzędzie dozgonnym węzłem połączeni ze sobą, powracali z kościoła do domu, a lud wiejski, stojący przed świątynią Pańską, rzucał się nam do nóg, wynurzając swoje afekta i życzenia, starsi z gromady powiadali mnie szczerze: „Smutny dzień ślubu, wesołe będzie pożycie”.
Ale Bóg nie chciał, aby się sprawdziła ta przepowiednia.
Epilog
Pożycie moje z Zosią, ile było szczęśliwe, nie potrzebuję tego powiadać. Dwór bóbrecki, dotąd albo całkiem pusty i niemy, albo po kawalersku gwarliwy, zamienił się w przybytek stałego szczęścia i ładu. Gospodarstwo do mego autoramentu należące, lubo niemało przez czas mojej konkurencji ucierpiało, dało się jednak wkrótce do dawnego przyprowadzić porządku — gospodarstwo niewieście, jakkolwiek młodą i niedoświadczoną główką Zosi prowadzone, nie mogło nikomu za wzór posłużyć, świadczyło wszakże niepomału o najlepszych chęciach i skrzętności gospodyni. I mieliśmy domek ładny zewnątrz i wewnątrz, i był w nim dostatek dla siebie i dla sług, i łyżka strawy dla postronnych ubogich, a kiedy się gość trafił, co przy łasce i afekcie ukochanych sąsiadów moich nierzadko się nam zdarzało, to każdy znalazł i stół niegłodny, i piwnicę niepróżną, a nade wszystko serce na wciąż otwarte, bośmy tym szczęściem, którym nas Bóg obdarzył, radzi dzielili się z całym światem.
Wśród takich okoliczności, na odwiedzaniu miłych sąsiadów naszych, na przyjmowaniu ich u siebie, na zatrudnieniach gospodarskich i zaopatrywaniu się we wszystko na zimę, minęła nam jesień cała. Przyszła zima, nastąpiły zapustne tańce i swawole. Szlachta sanocka, w złych i dobrych losach zawsze wesołej fantazji, po staremu się weseliła. Od tych wesołości i myśmy nie tylko nie odbiegali, ale owszem, pomagaliśmy z całego serca. Więc bywaliśmy i u wielmożnych Grabowskich w Myczkowcach, który to dom był wielki i otwarty, i u jw. Malickich w Uhercach, i u Krajewskich w Terce, i u Załęskich w Serednicy, a nawet raz, zaproszeni umyślnie, prezentowaliśmy się na wielkim balu u jw. wojewody wołyńskiego na leskim zamku, gdzie miałem tę serdeczną pociechę, że jako niegdyś siostra moja, Jadwisia, pięknością urody i zgrabnością ułożenia pozyskała jednogłośnie od całej kompanii pochwały, tak dzisiaj Zosia moja wzbudziła powszechną i wielką adorację dla siebie, a to nawet tak wielką, żem aż jednego z pończoszkowych elegantów, który za daleko swą adorację posunął, bykiem w nos poczęstować musiał, aby ją od tych uporczywych komplimentów uwolnić. Za byka, lubo był dany milczkiem i wtedy, kiedy elegant do całowania ręki się zginał, musiałem mu stanąć do sprawy, co mi jednak tym większą sprawiło przyjemność.
Za bawienie się w cudzych domach przez zapust należało się nam wywdzięczyć, jakoż ku końcowi i myśmy się ośmielili zaprosić do siebie sto kilkadziesiąt osób i tak nam się to powiodło, że podczas gdy dla długości zapust już jakoś u wszystkich upadała ochota, u nas na nowo się podniecała i zawiązał się kulig, który, objechawszy kilkanaście domów wokoło, na koniec uczynił nam ten zaszczyt niemały, że na ostatki znów do nas zajechał i w naszym domu swoją swawolę zakończył. Stało się tak wprawdzie, że w pierwszy czwartek Wielkiego Postu myśmy oboje z Zosią suszyć musieli, a z owych prowiantów, przysposobionych na całą zimę, ani okruszyna się nie została i piwnica mi tak pękła natenczas, że gdyby był mój ojciec wstał i oną kupę próżnych beczek i antałków obaczył, to byłby był drugi raz umarł; ale jednakże nas to nic nie bolało i owszem, kiedy Bóg dał czym się podzielić, mieliśmy to sobie za łaskę, że nam dał chętnych do podziału.
Jednakże przy wesołościach naszych i szczęściu nie obeszło się i bez frasunków. Nie było to niebo nasze tak czyste, żeby się na nim od czasu do czasu nie pokazywały jakieś chmurki posępne albo czerwone pręgi, niby cienie słońc gasnących albo już zgasłych. I owszem, zawsze na czas przychodziła ta lub owa zgryzota i może ją Pan Bóg na to nam dawał, aby nas jednostajność szczęścia nie nudziła; jednakże zawsze były to smutki, które niepomału nas dotykały. A pierwszy i nigdy nieustający powód do nich dała nam Zuzia, która rzeczywiście wyszedłszy za Niemca i schedę swoją tarnowskim palestrantom sprzedawszy, wyniosła się gdzieś za morza. Drugą nieustającą zgryzotą naszą było postępowanie pani Strzegockiej z nami. Kapryśna i uparta kobieta, lubo na koniec ojca wyciągnęła ze sobą z Litwy i znowu zamieszkawszy w Źwierniku, tak nieopodal od nas siedziała, tak mało zajmowała się nami, jak gdybyśmy cale do niej nie należeli. Nienawiść, którą ostatnimi czasy powzięła ku mnie, przelała ona z czasem i na dziecko swoje, i gryzła biedną Zosię miłości matczynej utrata, i gryzły ją złych języków stąd wynikające pogadanki, a chociaż ona przez to w przywiązaniu swoim do matki ani na jeden cień się nie odmieniła, toż jednak brak wzajemności tak jej się dawał uczuwać głęboko, że kiedy nam przychodziło jechać tam w odwiedziny, to do owego niegdyś tak lubianego Źwiernika jechała, teraz jakby na ścięcie. Do tego wszystkiego jeszcze i ja miałem swe umartwienie. Ukochany i nigdy nieopłakany przyjaciel mój, ów misjonarz św. Wincentego à Paulo, po kilku miesiącach cierpienia Bogu oddał niepokalaną swą duszę.