Cierpiałem więc wiele i ja samotnie, cierpiałem i nad cierpieniami najdroższej towarzyszki mojej, ale że zawsze wiele sobkostwa jest w tej nędznej skorupie naszej, toż przy dobrym powodzeniu naszym pod innymi względami i przy miłości naszej, która nam złociła wszystkie dnie i wieczory, prawie w ciągłym szczęściu minęła zima.
Przyszła wiosna. We wiośnie, kiedy cała ziemia się rozgrzewa i rozzielenia, kiedy spiętrzone z gór wysokich walą się lody, kiedy woń świeża nowego życia napełnia wszystko, co jest w nas i za nami — i zakrzepłe i urażone serce człowieka weselej się rozzielenia, i frasunki walą się wraz z lodami, i pierś się nasza jakoś rozszerza i czerstwego nabierając powietrza, wyrzuca z siebie dawnych pogorzelisk popioły i dawne bóle zapomina — z wiosną też i nasze szczęście jeszcze się odświeżyło i rozzieleniło.
Żona moja, przyzwyczajając się coraz więcej do obowiązków gospodyni, zajęła się gospodarstwem i domem, a że ogród był jej najulubieńszą zabawką, więc zaraz z wiosny cały ogród bóbrecki oddałem pod jej dyspozycję. Zaraz też wskutek wspólnej narady zmieniliśmy cały dawny plan jego, skąd wypłynęło, że cała część od dworu aż do samego Sanu zamienioną została w wirydarz504, a w jego końcu wybudowaną została altanka z piękną galerią dokoła. Koło altanki urządziłem niewielką sadzawkę, którą dziwnie pięknymi zaludniłem rybkami, a podczas gdy nieraz tam usiadłszy oboje, ja jej opowiadałem moje dawniejsze bitwy i służby wojenne, ona swoje rybki karmiła, rzucając im chleb z galerii. Koło wirydarza własnymi rękami zasadziliśmy wiele drzewek młodych i wspominaliśmy przy tym, jako kiedyś i te drzewa wyrosną, i my się zestarzejem oboje i otoczeni dorosłych dziateczek gronem, pod cieniem tych drzew usiądziem i opowiadać im będziem, jako i my kiedyś byliśmy rzeźwi i młodzi. W wirydarzu zasadziliśmy kwiatów siła, posprowadzanych z Źwiernika i z innych znakomitych ogrodów, a gdy niektóre z nich marły, nie mogąc znieść ostrości górskiego klimatu, ja obiecałem Zosi, że na przyszły rok jej wymuruję cieplarnię, aby i kwiatkom było tak dobrze, jak nam obojgu. I była stąd wielka pociecha. I było wielkie szczęście w domu naszym. I dopiero wtedy dałem prawdę słowom, powiedzianym mi niegdy przez misjonarza, że tylko miłość taka, którą spoiło błogosławieństwo boże, jest prawdziwą miłością.
Ale niedługo trwał dla mnie ten raj na ziemi.
I stało się ze mną tak, jako z onym pracowitym rolnikiem, który ciężkim trudem pozbierawszy żniwo bogate z pola, schował je pod dobrze zaopatrzoną strzechę i położywszy się na spoczynek, liczył sobie we śnie, ile ziarn schowa do spichlerza, ile grosza za nie uzbiera, ile dostatku i spokoju, i szczęścia mu stąd przybędzie — a wtem nagle piorun go budzi z łoża: porywa się ze snu, widzi dom cały w płomieniach, a kiedy oczy przetarł, to już li na to, aby nimi na popiołach swoich dostatków zapłakać. Tak się stało i ze mną.
Dnia jednego dano mnie znać, że z Krakowa puszczono dzieciątko w kolebce, aby spłynęło do nas i abyśmy mieli z niego pociechę. Jakoż istotnie dnia tego nad wieczorem przypłynęła kolebka, ale zamiast jednego znaleźliśmy w niej dziatek dwoje. Chłopcy obadwa byli piękniejsze od najpiękniejszych aniołów. Zosia moja, lubo była bardzo słabą natenczas i ustawicznie odchodziła od przytomności, jednak kiedy spojrzała na nie, uśmiechała się śród boleści. I miała jej twarz dziwnie piękny wyraz natenczas, bo na tle ciężkich cierpień i bólów malowała się anielska cierpliwość i spokojny promień wielkiego szczęścia. Przez cały czas ten jam był jak na torturach; pociecha z dzieci i trwoga o Zosię tak się zmięszały we mnie, żem i płakał, i śmiał się. Doktor Gondoni, który siedział przy łożu chorej, aż był w obawie o zmysły moje i zapewniał mnie ciągle, że dobrze będzie.
Ale czymże są słowa ludzkie wobec woli bożej i zaciętości nieszczęścia!
Ledwie się słońce schowało za góry, zapłakał mi jeden synek w kolebce i jakby kwiatek nagle kosą podcięty, zakrzepł na moich rękach. Ból mnie porwał głęboki, zapłakałem w głos! Ciałko nieżywe złożyłem w sali na stole i drżąc cały i łkając, zapaliłem dwie świece i powróciłem do Zosi.
Zosia w tej chwili zasłabła gorzej. Leżała ona na wznak na łóżku, łzy jej potokami ciekły po twarzy, usta zsiniały cokolwiek i drżały, zdawało się, że się modliła. Nie chcąc jej przeszkadzać, uklęknąłem przy łóżku i ręce złożywszy, także modliłem się myślą.
Śród tej ciszy drugie dziecię zakwiliło w kolebce. Przerażony tym płaczem zerwałem się z kolan i pobiegłem ku niemu. Zosia tylko krzyknęła głośno i podniosła się od poduszek, ale w osłabieniu na powrót upadła. Widząc to, zatrzymałem się na pół drogi, a nie wiedziałem, gdzie biegnąć. Ale wtem dziecię zapłakało głośniej, przybiegłem do niego, wziąłem je na ręce; płacz trwał jeszcze ze dwa pacierze, a po nich — drugiego trupka trzymałem na rękach. Kiedy ucichł płacz dziecka, Zosia znów się zerwała, znowu krzyknęła, i to tak mocno i przeraźliwie, żem aż ja zdrętwiał od tego krzyku; alem się już nie oglądał na łóżko, tylko wybiegł czym prędzej i brata złożyłem przy bracie, i znowu zapaliłem dwie świece.