Kiedym powrócił, jużem w Zosinym pokoju zastał kilkoro ludzi. Wszyscy płakali i poglądali na mnie z litością i żalem. Włoch siedział na łóżku i trzymał Zosię za rękę. Ale ona już była w konwulsjach. Twarz jej się przeciągnęła, łzy zastygły na licach, usta zsiniały i drganiem wtórowały drganiom całego ciała. Z przeraźliwym rykiem i obłąkanymi oczyma rzuciłem się znowu na kolana przed łożem i jęcząc potem, zdrętwiałymi rękami obimałem tę kibić niegdy tak smukłą, a dzisiaj wiotką jak powismo lnu lub konopi. Byłbym duszę moją wyzionął, aby jej zdrowie powrócić. Ale już było po czasie. Drgania ciała i ust coraz słabły oczy coraz więcej mgłą zachodziły, oddech się zatrzymywał, ustawał, aż nareszcie ustał zupełnie. I tak trzecie ciało zakrzepło na moich rękach.
Co się dalej działo, tego nie umiem powiedzić. Pomnę tylko, że w onej wielkiej sali, która tyle zawierała naszych familijnych pamiątek, stał wyściełany wysoki katafalk, czarnym suknem okryty, na którym leżała trumna, a w tej trumnie taż sama Zosia w niebieskiej sukni, z zamkniętymi na wieki oczyma, z rękami na krzyż złożonymi na piersiach i z obrazkiem Matki Najświętszej w rękach. Twarz jej była tak piękna, jak zawsze, po śmierci i rumieńce wystąpiły na powrót, i usta dawną odzyskały różowość, i cała postać była tak piękną, jak niegdy: tylko co było w niej najpiękniejszego: dusza — ta uleciała do Boga. Po obydwóch stronach katafalku na stopniach stały dwie trumny z obydwoma aniołkami moimi, które nawet bez chrztu świętego powróciły do swego raju na łono Boga, z którego zstąpiły na ziemię. Na ostatnim stopniu katafalka wybladły, wynędzniały, z oczyma obłąkanymi, z włosami rozczochranymi, z twarzą wykrzywioną od bólu, nie cień, nie straszydło, ale upiór człowieka, siedziałem ja — i widziałem przed sobą ów sen, niegdy mi opowiadany przez Zosię, który dał jej widzieć kwitnącą różę umarłą w trumnie, u jej stopni dwa goździki braciszki i powój zeschnięty, wijący się koło katafalku.
Tak siedzącego zastał mnie pan Grabowski, wdzięczny mój sąsiad z Myczkowiec, i widząc, co się dzieje, prawie gwałtem zabrał mnie do siebie. U niego to, ciężką umęczony chorobą, przemęczyłem się przez owe kilka tygodni, które były najboleśniejszymi z całego życia mego.
Wzmógłszy się cokolwiek na ciele, powróciłem do Bóbrki. O, jakże mi tam pusto było natenczas! Jakież to były dnie moje, jakie noce!
Zrazu mnie poczęli nawiedzać sąsiedzi, myśląc, że mnie potrafią rozerwać i gawędami swoimi moje smutki ukoić; i ja przyjmowałem ich zrazu, i męczyłem się jeszcze i ich przyjmowaniem, i traktamentem, i rozmową z nimi — ale wkrótce na bok odłożyłem wzgląd wszelki i zamknąwszy się szczelnie, nie przyjmowałem nikogo. I trawiłem dnie całe na modlitwach samotnych, odmawianych na grobach mego ojca, mych niemowląt i Zosi — i wkrótce potem na bóbreckim cmentarzu, naprzeciwko owego nagrobka, przy którym stał anioł kamienny ze złamanym kordem w jednej, a przygaszoną pochodnią w drugiej ręce, stanął drugi nagrobek, przy którym także z białego wykuta kamienia stanęła młoda, piękna niewiasta, z dwiema łzami na oczach i dwojgiem niemowlątek na rękach.
I długo, długo to miejsce było najulubieńszym przybytkiem moim. Tam przesiadywałem wszystkie dnie letnie i wszystkie wieczory, tam, zawiniony w szubę, przeklęczałem wszystkie ranki zimowe. I Bóg mnie za to pocieszył do tyla505, żem się przyzwyczaił do mego nieszczęścia.
Czując to, na rok następny przedsięwziąłem sobie, zamiast światowych rozrywek, których gwaru znieść bym był nie mógł na żaden sposób, odwiedzić latem kilka miejsc świętych i stamtąd jeszcze oddać cześć Bogu i pomodlić się za dusze, z którymi wiecznego połączenia jak drugiego raju pragnąłem.
I w tych wędrówkach, na które zawsze szedłem pieszo, a Węgrzynek mój konie za mną prowadził, abym miał na czym powracać, przekrzyżowałem Polskę całą i znano mnie już stąd wszędzie, i dla tej pobożności szanowano tak powszechnie, żem nigdy żadnej przygody nie doznał, które onego czasu często się wydarzały podróżnym.
Aż raz... a było to już w trzecim roku tego mojego pielgrzymstwa — wiele rzeczy już się do tego czasu było zmieniło: dziadek staruszek już dawno spoczywał w grobie — pani stolnikowa, z którą wszelkie zerwałem relacje, samotnie dnie pędziła w Źwierniku — Lgocki się był odszukał i po staremu głupio żył na tym świecie — Stojowski, utraciwszy brata i ożeniwszy się, zamieszkał w dąbrowskim zamku — Konopka się ożenił i mieszkał pod Krakowem — Bal się ożenił i piękny dom prowadził w Średniej Wsi — pan Urbański, podstarzawszy się, dawne łowy w Jabłonkach zarzucił i zamieszkał w Komborni — i tylko jeden pan Fredro, po dawnemu na zdradę Włoszki narzekający, samotne życie z końmi swoimi i kilkoma sąsiadami pędził na Hoczwi... otóż wtedy, powracając latem z odpustu z Kalwarii Zebrzydowskiej, kiedy przyjeżdżam do Krosna, staje tłum wielki ludzi przed franciszkańskim kościołem. Pytam, co by to było. Powiadają, że mnich jeden umarł i diabli go wzięli. Proszę, iżby mi opowiedziano, jako ta rzecz się stała. Powiadają, że umarł, ciało jego złożono w trumnie; nagle z trumny ciało zniknęło o samej północy, a w tymże samym momencie widziano konia czarnego jak węgiel, wylatującego kurytarzami klasztornymi w dziedziniec, z dziedzińca w miasto i za miasto.
— Jakże temu mnichowi było na imię?