— A żebyś i zamarzł, to jeszcze oddaj, co się komu należy.
— Jj! On ta na to nie dba, będzie on i tak panem.
— No to pewna, że będzie! — i wziąłem list od Mazura; a kazałem go dobrze paść i poić, żeby tam między Mazurami nie nagadał, że tu nie dosyć, że zimno, ale jeszcze głód. Otóż Konopka pisał mi tak:
„Kochany bracie! Żenię się, przyjeżdżaj, bo zaraz ślub. Twój sługa i brat. Konopka ręką swą”.
No! — pomyślałem. — Jeno by im nagrobki dać pisać tym Mazurom! Jak pałką uciął, taki list. Nie darmo to mi o nich mówił pan Urbański, że leniwi. Żeby choć był napisał, kiedy ten ślub? W jakiej wsi? Z kim się żeni? Ale to już trudno, musi i tak być.
Rozporządziłem więc zaraz cztery dobre podjezdki, skarbniczek98 przystojny jeszcze po moim ojcu, ale prawie jak nowy. Węgrzynka mego w nowy mundur ubrałem, wierzchowego konia osiodławszy, kazałem przypiąć do dyszlowych, aby to mieć zaraz szkapę od jakiego przypadku — i na drugi dzień świtem ruszyłem w Mazury. Kto mnie zdybał jadącego tak buczno, chociaż to nie powinno było nikogo zadziwiać, bo to rzecz kawalerska, każdy pytał:
— A dokąd to waszmość tak strojnie?
— Na Mazury — odpowiadam.
— Oho! To już pewnie gdzieś w konkur; dajże Boże szczęście!
Nic nie odpowiadałem już na to, bo gdzieżby to się każdemu tłumaczyć? Zresztą myślcie wy sobie, co chcecie, a ja wiem swoje. Otóż dnia drugiego wieczorem, przyjechawszy do Tarnowa, prosto walę w gospodę — a stała ta gospoda na tym miejscu, gdzie się przedmieście Strusina zaczyna, na samym rogu po prawej ręce, i był to dom lichy, drewniany, przygarbiony i stary. Dach na nim mchem obrośnięty i miejscami pozapadany, brama krzywa z ogromnym drewnianym progiem; jednak wszyscy tam zajeżdżali, więc i ja, zajechawszy i ze skarbniczka wylazłszy, pytam zaraz na wstępie: