— Nie wiem, dlaczego byś koniecznie miała to wiedzieć — mruknąłem to sobie pod nosem i spytałem znowu: — A nie masz tu kogo z okolicznej szlachty?

— Są, panie, w izbie na drugiej stronie.

Szedłem więc tam, ale ponieważ karczmareczka z swoim filuternym wzroczkiem wyszła jeszcze za mną do sieni, aby mi drzwi do tamtej izby pokazać, więc rzeknę do niej:

— Aspani99 znasz pana Konopkę?

— Czemuż bym nie miała znać, panie? — odpowiedziała mi na to z uśmiechem.

— To mnie bardzo kontentuje — odpowiedziałem również z uśmiechem i wszedłem do owej izby. Przy stole, pod samym oknem, siedziało tam trzech szlachty, Mazurów — ale jakiejś pospolitej szlachty, bo mieli na sobie wytarte delie albo raczej opończe baranami podbite, spod których niemniej wytarte wyglądały żupany — i śród chmur dymu tytuniowego, którego używanie jakoś z wejściem wojsk cesarsko-niemieckich bardzo poczęło było wchodzić w modę, pociągali sobie z blaszanych półgarcówek piwo tarnowskie. Koło nich stał żołnierz cesarski, którego rangi jednak nie mogłem rozeznać z munduru, i kurząc ogromną lulkę, coś im tam rozpowiadał. Kiedym wszedł, rozmowa ich nie przycichła, aż kiedym rzekł: „Pochwalony!” — dopiero odezwali się: „Na wieki!” — i dyskurs przerwali.

— Przepraszam waszmościów — rzekłem — że im zabawę przerywam, ale jestem obcy, a chciałbym się tu dopytać o pana Konopkę.

— A z daleka waszmość? — odezwie się jeden, poprawiając czapki zabrukanej na bakier.

— O, z daleka, mospanie.

— O pana Konopkę waszmość pytasz? — odezwie się drugi, który był siwy jak gołąb, wysoki, szaraczkowy żupan baranami podbity na sobie miał, a pasem litym bogatym, ale wyszarzanym po wierzchu był opasany; patron jakiś trybunalski czy foralny100, jak mi to potem powiadano: — Był on tu wczoraj z rana, ale z panami Lubienieckimi pojechał do siebie.