Zosia porzuciła krosienka i lekką nóżką jak ptaszek pobiegła po dziadunia lub manualik; pani stolnikowa zaś tymczasem do mnie:
— Tam jest zakonotowana cała parantela śp. mojego męża; było to kiedyś coś, było — dodała z westchnieniem — ale od króla Jana nie ma już na co patrzeć. Upadliśmy, panie skarbnikowiczu, bardzo upadli!
— Trudno to, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem — skarżyć się na los niefortunny, bo też i niepodobna, ażeby w wielkim mieście, które się wali w gruzy od końca do końca, jeden gdzieś domek został nieuszkodzony — a obejrzawszy się po sali i widząc w niej nie tylko piękność, ale i zbytek, dodałem: — Trudno mi tu zresztą dojrzeć upadku, mościa dobrodziejko, a jeżeli jeszcze wszystko odpowiada temu, co oto widzę, o czym wcale nie wątpię, tedy tylko jeszcze Panu Bogu wypada złożyć dzięki za jego łaskę. Oj! Bo to cale inaczej wyglądają domy obywatelskie po kraju! O! Cale inaczej po tej nieszczęśliwej wojnie, która sobie właśnie te strony obrała na teatrum gry swojej.
— Proszę mnie też nie obwiniać o to, jakobym miała szemrać przeciwko woli Najwyższego Boga i Jego wyrokom, ale kto miał senatorów w rodzie, sam umarł stolnikiem i nawet syna nie zostawił po sobie, na tego potomków się Pan Bóg nie pogniewa, jeżeli westchną za dawną świetnością.
Nie przypominałem sobie, ażebym kiedykolwiek był słyszał o senatorach Strzegockich, i domyśliwałem się, że musiał się między nimi nachodzić135 jaki jeden i drugi kasztelan drążkowy lub deputat sejmowy, którego pani stolnikowa w niewiadomości swojej bierze za senatora; ale wtem drzwi się otworzyły i wszedł dziadunio, a za nim o pół kroku Zosia z manualikiem w ręku.
Obaczywszy tego staruszka, wstałem zaraz i z głębokim uszanowaniem stanąłem za moim krzesłem. Dziwnie bo to piękny staruszek był ten dziadunio. Wzrost miał więcej jak mierny, postać trochę przygarbioną, chód powolny i stąpanie niepewne, ale jeszcze dość rzeźwości i siły zdawał się mieć na swoje lata, które pewnie trzy razy przenosiły trzydziestkę. Włos jego biały jak mleko, długi aż do karku, ale już rzadki i tak rozwiany, że nad głęboko pooranym czołem poważna świeciła łysina. Twarz jego poważna, białym wąsem ozdobna, pełna była zmarszczków, które w różne porozbiegawszy się strony, tu i owdzie z różnymi kreskami złączone, dawały jej postać wcale zgrzybiałą, a pokrzyżowawszy i pozrastawszy się z sobą, trudno dawały poznać, które z nich były samego wieku, a które szabli nieprzyjacielskiej śladami. Dziadunio miał na sobie kontusz popielatego koloru, delikatnymi kunami podbity, długi aż poniżej kolan i bez wylotów, pod nim żupan karmazynowego koloru, ale cokolwiek już wypełznięty, pas na wierzchu lekki siatkowy, żółty bucik na nogach i białą konfederatkę na głowie, ale tę zaraz we drzwiach zdjął lewą ręką, w prawej trzymając krótką trzcinę i opierając się na niej za każdym krokiem. Widok ten pochwycił mnie jakoś za serce, bo dziwnie piękny to starzec był: coś mnie przypomniał mojego ojca nieboszczyka, coś portrety mych dziadów, wiszące u mnie na ścianie, a coś znów w nim było takiego, żebym mu był zaraz przypiął szablę do boku i dał mu klęknąć ze złożonymi rękami przy jakim wielkim kamiennym grobie, i niechby tak skamieniał i został na wieki wieków.
Zbliżywszy się dziadunio ku stolikowi, który stał przed kanapą, popatrzył na mnie i starym, ale jeszcze dosyć czystym głosem zapytał:
— Kogoż Pan Bóg przynosi w dom mojej córki?
— Imć pan Ślaski, herbu Nieczuja — odpowiedziała pani stolnikowa. Tymczasem Zosia przysunęła poręczowe krzesło dziadkowi, na które on, czapkę złożywszy na stole, usiadł i po chwili namysłu zapytał:
— Ze Sandomierskiego? Syn pana Marcina?