— Tak jest, panie dobrodzieju — odpowiedziałem — sam Marcin i syn Marcina, skarbnika zakroczymskiego.
— He?! — krzyknął głośno staruszek. Dopiero mi pani stolnikowa dała do zrozumienia, że trzeba dobrze gardło rozpuszczać, rozmawiając z dziaduniem. A on jeszcze raz:
— He? Mów asan głośniej, bo u mnie każde ucho ma lat dziewięćdziesiąt i trzy, to ja już nie słyszę cichego gadania.
Powtórzyłem moją odpowiedź, dopiero on:
— Takie to było jego skarbnikostwo! Obwołali go zakroczymscy skarbnikiem, kiedy się starał o Mężykównę, powróciwszy z wojny tureckiej, ale podobno się skarbu ani ręką nie dotknął. Jakże mu się powodzi? Czy zawsze jeszcze siedzi w Sandomierskiem?
— Wyniósł się już stamtąd, panie dobrodzieju — odpowiedziałem — i mieszkał potem w ziemi sanockiej przez lat przeszło dwadzieścia; ale teraz już w Bogu odpoczywa.
— Umarł? Proszę! Wiele, wiele młodszy ode mnie. Musiałże przynajmniej nahulać się jeszcze za ostatniej wojny? Hę? Bitny to szlachcic był.
— Tak, po trosze, ale nie nadto, bo mu już ręka nie służyła.
— Ale wasze musiałeś mu dopomagać, rękę musisz mieć dobrą?
— Niczego, panie dobrodzieju, niczego, Panu Bogu na chwałę, ale z owego żołnierstwa mojego podobno do nieśmiertelności nie przejdę, bo trudno się bardzo dystyngować na małej wojnie.