— Proroczym duchem, jak widzę, ichmość panny natchnione — odezwałem się na to, kiedy Konopka przywitawszy tymczasem panie, zaraz rzecze do mnie:

— Otóż to świat się wywrócił do góry nogami, kiedy już drużbowie pilniejsi od samychże narzeczonych.

Ja też, podając mu rękę przez stół, bośmy na przybycie tych gości cale nie powstawali, rzeknę:

— Jak się masz, Konopka! — Tymczasem Lgocki do mnie:

— Cołem, panie Niecuja.

— Czołem, panie Lgocki — odpowiedziałem.

— Cołem, cołem, ale skądze się waszmość tu wziąłeś?

Ja też na to:

— Drogą, drogą, tą samą, którą i waszmość tu przyjechałeś.

— Hi, hi, hi! Niecuja — szepnął sobie starościc pod nosem i wraz z Konopką usiadł do stołu. Nim się atoli dalsza poczęła rozmowa, panna Zuzanna, przy której usiadł był Lgocki, chciała sobie wody nalać do szklanki; starościc, jako grzeczny kawaler, porwawszy prędko za flaszę przed jego talerzem stojącą, chciał prędko nalać, ale nad samą szklanką zetknął się z flaszką panny Zuzanny, i to tak mocno, że im obojgu flaszki z rąk powylatywały, szklankę sobą stłukły i potop wody po stole rozlały. Mruknął na to stary sługa, usługujący do stołu, ja też zaraz pochwyciłem sposobność i rzekłem: