— Ou! Bo się dąsasz zaraz, jakby cię tu jeść chciano. — Roześmiałem się na to i rzekłem:

— Bo też z wami inaczej nie można; chowacie pomiędzy sobą głupców, którzy niewinnych ludzi obrażają na gładkiej drodze, a i sami nawet nie bardzo dobre macie obyczaje. U was, jeżeli kto ma trochę większą nad innych fortunę, to już może być głupi jak but albo i zgoła niewart za hetkę pętelkę, wy go przecie nosicie na rękach i wozicie ze sobą jakby co osobliwego.

— Nie wiem, jakie tam mają rozumy w Sanockiem — odpowiedział na to Konopka — i jaki chowają obyczaj, ale u nas to niejeden i psa wozi ze sobą, kiedy mu jest zabawny, a nie tylko człowieka.

— Inna pies, a inna człowiek177, to sam wiesz, a i to pewno wiesz, że kiedy się człowiek uda, to niech się i pies chowa.

— Ej! Dałbyś pokój, wiem, o co idzie. Podobała ci się Zosia i nierad widzisz, żem tu Lgockiego przywiózł ze sobą; ale to próżny gniew, nie byłbym ja go przywiózł, to byłby i sam łatwo trafił, bo był tu nie raz i nie dwa. Jest to nawet materia, o której by nam właśnie potrzeba pogadać.

— Nie ma o czym gadać — odpowiedziałem — że mi się Zosia podobała, nie przeczę, a że się Lgocki o nią stara, wiem i cale mnie to nie zraża. Poprobujemy się z sobą, kto lepszy, i snadź nie będzie to nam szkodzić na zdrowiu, jak każda walka.

— Walka to zdrowa rzecz, ale jednakże nie każdemu służy. W tym razie nietrudno i bez walki odgadnąć, który z was lepszy, ale to nie mocniejszy, tylko szczęśliwszy odnosi.

— To się i w tym poprobujemy.

— Przegrasz.

— Mówisz z góry jak prorok, co mi dość dziwno, bo jeszcze nie słyszałem, aby jaki Konopka w którym bądź testamencie prorokiem był.