Ave Maria, Mater Dei224 — rzekł na to Stojowski, który to miał przy winie przysłowie — daleko to jeszcze do wiadra, panie bracie. Ot! Napij się jeszcze ze mną — i podał mi kielich. Odsapnąwszy wypiłem. Ale zaraz znów jakiś zawoła:

— A cóż to ma być Stojowski lepszego ode mnie! Pijże ze mną! — Nie ma co mówić, wypiłem. Takoż woła i trzeci, i znowu taż sama kolej, a trudno się było wymawiać, bo już w tym było punktum, żeby statecznie dotrzymać. I dotrzymałem, alem dokumentnie podciągnął, więcej nawet, niżby tego dla samej fantazji potrzeba, bo kielich był stateczny, a wypiłem ich kilkanaście; jakoż czułem już i ciepło po całym ciele i dusza zaczęła się rzucać we mnie, rada by jaki huczek zrobić; widząc tedy to i wiedząc, że za chwilę jeszcze gorzej będzie, rzeknę w głos:

— Mości panowie! Dosyć tego będzie, chodźmy do tańca, bo to nasz obowiązek. — Na to dziadek:

— Jeszcze jeden ze mną.

— Z jegomością choćby i dwa — odpowiedziałem i wypiłem, alem się troszeczkę zatoczył; Mazury na to w śmiech — spojrzałem na nich i dopiero poznałem, że to zmowa była na mnie. Chcieli mnie zgoła zaraz i położyć. Może to sztuka Lgockiego, może Konopki, a może i wszystkich razem — myślałem sobie — ale już się stało. Czas płaci, czas traci; złapali mnie Mazurowie, ale może się to jakoś odpłaci. Tak sobie mrucząc pod nosem, zatoczyłem się jeszcze potężniej, żem aż siadł koło zwierciadła, a kiedym się łokciem oparł o jakiś stoliczek, różne rzeczy mi się poczęły marzyć po głowie: Zosia piękna, bardzo piękna... Lgocki się stara o nią, bogaty, hultaj, jak Żyd, dadzą mu ją, czy nie dadzą? Co też Zosia myśli o tym?... i z tym zapytaniem, co też Zosia myśli o tym, strasznie mnie rozebrało około serca, bardzo pięknie mi się zrobiło w oczach, muzyka grała w uszach, Zosia całą moją objęła duszę — i troszeczkę przysnąłem. Kiedym po małej chwilce oczy troszeczkę otworzył, siedziałem na tymże samym miejscu. Mazurowie się kręcili koło mnie i uśmiechając się, ruszali sumiastymi wąsami i potrząsali głowami. W sali kapela grała i tańcowano. „Kiedy tańcują, to dobrze” — pomyślałem sobie i znowu oczy zamknąłem. I teraz musiałem usnąć już dobrze, bo zaraz mi się Zosia pojawiła, usiadła koło mnie i położywszy mi rączkę na oczach, różne miłe psoty mnie wyrabiała: to mnie czuprynę jeżyła do góry, to mnie za wąs targała, to za nos ciągnęła, to za ucho kręciła, to mi nareszcie swoją błękitną wstążką głowę związała i kwiatki mi wkładała we włosy. Ale śród tych psot, które coraz boleśniejszymi stawać się poczęły, nagle coś mnie niby ukłuło w rękę, zerwałem się i najpierw Lgockiego sobą powaliłem na ziemię, że aż się pod stół potoczył. Jakim to się sposobem stało, zrazu sobie nie umiałem wytłumaczyć, to jednak pewna, że w tym momencie ktoś mi coś zerwał z głowy; popatrzyłem do zwierciadła, ale nic nie miałem na głowie, tylko włosy trochę były zburzone. Począłem tedy czuprynę sobie poprawiać i wyloty układać, ale wtem pani stolnikowa weszła i tuż do mnie:

— Panie skarbnikowicz! Tak to waszmość gospodarujesz? Już przestają tańcować.

— Jak to przestają? Czemuż przestają? Dlaczego przestają? Zaraz ja to, pani dobrodziejko... — i zarzuciwszy wyloty, wyszedłem do sali. W istocie taniec już osłabł, kawalerowie jedni pili, drudzy drzemali, panny i panie gromadziły się kółkami po kątach i rozmawiały. Popatrzyłem na zegarek, siódma dopiero była, a ja już i tańcowałem, i upiłem się, i wyspałem się, i Lgockiego powaliłem na ziemię. Wróciłem się więc z progu do owej izby, w której pito, i zawołałem:

— Mości panowie, proszę do tańca!

Poruszyli się wszyscy, a wtem Lgocki przystępuje do mnie i oddaje mi chustkę moją własną, mówiąc:

— Waszmość zgubił.