Spojrzę na chustkę, na niej jeszcze znać, jako była na pasek zwinięta. Dopiero mi też rozświtało, że to nie Zosia mi owe figle stroiła i że nie wstążką obwiązywano mi głowę. Lgocki stał jeszcze przede mną. I cóż? Za takie sztuki to jeno zaraz było po staremu pięścią w łeb pana starościca i wziąwszy za kołnierz, wynieść za drzwi, jako nieumiejącego się znachodzić225 w statecznej kompanii, ale ja, nie chcąc burdy robić w uczciwym domu, wyrwałem mu tylko tę chustkę, wargi przygryzłem i zawołałem powtórnie:
— Proszę do tańca!
Zerwali się wszyscy, a dziadek do mnie:
— Napijże się.
— Napiję, czemu nie — i napiłem. Stojowski też sobie:
— I ze mną, panie bracie — przyjąłem kielich, ale rzekłem:
— Kiedy waszmość mleczaków wozicie ze sobą i przyjmujecie do kompanii, tobyście powinni pilnować, żeby błazeństwa nie robili.
— Jakże to, panie bracie? — rzeknie Stojowski słodko, bo miał tę naturę, że mu się serce w winie rozpływało. Ale ja zawsze po swojemu:
— Książki o tym pisać nie będę ani oracji nie powiem, ale com już powiedział, tego nie cofnę.
— Ave Maria, Mater Dei — znowu słodziuteńko Stojowski — jak mnie Pan Bóg miły, tak nic a nic nie wiem.