— Nic a nic nie dodaję.
— Hm! To mnie tym pani zaprowadzisz daleko, bo u mnie dziś serce bardzo wesołe. Więc żeby Lgocki był te piosenki śpiewał, także by się pannie Zofii podobały?
— Anibym go słuchała.
— Przecie to panią myślą swatać za niego.
— Niechże Pan Bóg zachowa! Umarłabym od samego wstydu za takim mężem.
— Panno Zofio! — zawołałem wtedy z bijącym sercem. — Na co tu długo owijać w bawełnę! Żałuję, że się przed nią nie mogę zaraz rzucić na kolana, ale i tak przyjmij pani to zapewnienie, że największym szczęściem byłoby dla mnie zostać na zawsze jej najposłuszniejszym sługą i niewolnikiem.
Niespodziewanie trafiło to biedną Zofię, spłonęła też jak alkiermes233 i umilkła tak nagle, jak gdyby skamieniała na miejscu. Twarz jej obrócona była ku sali, oczy w jeden punkt wlepione, ręce złożone na przepasce u sukni — i trwało to tak jaką chwilę. Niebawem jednak rumieńce poczęły jej blednąć na twarzy i blednąć, i blednąć, i nareszcie stanęła tak blada, jak ściana; w oczach tylko, które się z wolna mgłą obciągały, dwie łzy stanęły, duże, czyste, jak dwa brylanty, i potoczyły się po policzkach; na koniec odetchnęła mocno, oczy nieznacznie otarła chusteczką i powróciła do siebie. Wtedy ja znowu półgębkiem:
— Panno Zofio! Szczęście całego życia mojego jest w rękach pani.
— Ej! Daj mi pan pokój, takeś mnie pan przestraszył.
— Nie bój się, pani — rzekłem na to łagodnie — gdybym aniołem był, nie mógłbym czyściejszego serca dla pani mieć, jak go mam jako człowiek.