Manuskrypt Ci przyślę, kiedy będzie przepisany; jest on po polsku. Daruję Ci go, zrobisz, co zechcesz; jeśli nie wydrukujesz, to będziesz miał pamiątkę po przyjacielu, a pamiętaj imienia jego nigdy nie wydać! Jeśli będę miał fundusze, to Ci prześlę na to, zresztą za miesiąc poślę samo pismo. Danielewicz Cię ściska. Pisz do mnie zaraz i wierzaj, że Twój Zygmunt Cię kocha.
83. Do Henryka Reeve’a
Rzym, 19 grudnia 1833 r.
Drogi Henryku!
Nie poznaję Cię więcej! Cóż za zmiana zaszła w Tobie! Wydaje mi się, że dusza Twoja jest zacieśniona i ze wszystkich stron otoczona zaporami, że wyobraźnia Twoja dobrowolnie dała się skrępować ciężkiemi łańcuchami, jednem słowem, że umysł Twój zapuścił się w filozofię niemiecką, jakby w jeden z tych podziemnych lochów egipskich, gdzie powietrze jest ciężkie, a droga ciemna. Obowiązkiem moim i przyjaźni mojej ostrzec Cię przed tem zawczasu. Jeżeli masz być poetą, nie bądź metafizykiem. Jeżeli masz być mężem stanu i czynu, nie bądź filozofem niemieckim! Poznaj wszystko, ale nie umieszczaj swego serca tam, gdzie są tylko formułki i frazesy, a nie ma ani uczucia, ani myśli! List Twój, zaprawdę, jest dla mnie niezrozumiały, ale co w nim rozpoznałem natychmiast, to wpływ Monachium i może p. Edwina Hell. Dlaczego zamykasz się w celi? Dlaczego patrzysz na Boga przez szczelinę? Pozostaw to jakiemuś Niemcowi o niebieskich oczach, duszy, zbudowanej na kształt labiryntu, włosach prostych i długich i sękatym kiju, podobnym do tych, które nosili sofiści, wyśmiewani przez Lukiana. Wyjdź, udaj się między ludzi, badaj ich charaktery i namiętności, niezależnie od tego, czy przeznaczone Ci jest, byś ich później opisywał, czy też kierował nimi! Dobra erudycja powinna być sztuką, a nie nauką. Posługuj się Spinozą i Oryginesem, jakbyś posługiwał się dwiema myślami, przechodzącemi Ci przez głowę. Ale nie rób sobie przyjaciół z tych dwu umarłych, nie żyj z umarłymi, ograbiaj ich tylko, jak Twoi przodkowie, barbarzyńcy, którzy zabierali broń, a zostawiali trupa. Widziałem kilkakrotnie, że Niemcy wywierały wpływ bardzo ujemny na obcych. Trzeba być Niemcem, by móc wykorzystać naukę niemiecką, jak trzeba być Indusem, by zrobić coś z mitów indyjskich.
Co do uczucia i myśli, jestem odmiennego, niż Ty, zdania. Sądzę, że myśl znajduje się na połowie drogi między pierwszem, niewyraźnem uczuciem, a uczuciem końcowem, zupełnie jasnem; myśl jest czemś wypracowanem, analizą, pracą, pochodzi z uczucia i za cel ma również uczucie. Szczytem doskonałości jest czuć to, co się uprzednio zrozumiało, to znaczy czytać biegle po sylabizowaniu, grać bez nut na klawicymbale to, czego się wyuczyło nuta po nucie, objawiać ludziom w formie natchnienia to, co się zebrało przez długie lata w pocie czoła. I w tem widzę podziwu godne prawo opatrzności, która w końcu przyznaje nagrodę wysiłkom duszy, poezję obliczeniom matematycznym, zwycięstwo umęczeniom długiej walki.
Co do mnie, jestem ciągle chory, chociaż mam się lepiej. Poetyzuję jeszcze i wierzę nawet w moje postępy. Ale postęp dokonywa się w sposób anektywny przez myśl i cierpienie. Dawniej natchnienie przychodziło częściej, gdyż jest ono łatwe, gdy się pisze jedynie błahostki o sobie; w tem z Tobą się zgadzam. Dwa miesiące temu ukazał się we Wrocławiu poemat mego wyrobu na 210 stronicach, wzięty z dziejów tych czasów, gdy ojcowie moi pustoszyli Moskwę, a Polka wstępowała na tron carów, by zginąć później w pustyniach Azji. Jest to dzieło, którego styl i forma są nowością w naszym języku. Piszą mi, że zrobiło wrażenie.
Od tego lata piszę dramat, traktujący o sprawach obecnych tego świata, o zasadzie arystokratycznej i ludowej. Bohater jest hrabią i poetą zarazem; przeciwstawiłem mu naczelnika ludu, człowieka genialnego, niskiego pochodzenia, który kroczy na czele miliona szewców i chłopów. Wprowadziłem sceny konwulsyjne na ruinach zburzonych katedr, wściekłe śpiewy, chóry przechrztów, saint-simonistów, kobiet wolnych, proroków przyszłości, lokai wyzwolonych, rzeźników, obojętnych na wszystko prócz namiętności do krwi przelewu, klub zabójców. A wśród tego pokazałem wodza, rozumiejącego swoje dzieło, i wyznawców, porwanych zapałem i nic nie rozumiejących. A później nakreśliłem postać hrabiego, poety, śpieszącego bronić swych braci do zamku gotyckiego, ostatniego ich schronienia.
Jest samolubny jako poeta, mężny jako szlachcic, a nadto jako poeta ma poczucie uczucia. Czuje co to znaczy być dobrym mężem, a powoduje śmierć żony z szaleństwa i boleści; czuje, co to być dobrym ojcem, a syn jego odziedziczył obłąkany umysł swej matki. Oślepł i śpiewa przyszłą zagładę swego stanu. A przy tem hrabia Henryk ma ambicje: cieszy go, że jest wodzem tylu baronów i książąt, którzy zebrali się by zginąć. Słyszy w lochach podziemnych groźne głosy. Dawne ofiary feudalizmu grożą mu: „Nic nie kochałeś, nic nie czciłeś prócz siebie, prócz siebie tylko. W tobie zebrał ród twój całą duszę swoją i za to po kilku dniach chwały zginiesz na tej samej skale boleści, gdzie zginęliśmy z ręki ojców twoich. Nie masz dla ciebie nadziei ni na ziemi, ni w niebie!”. On jednak walczy wściekle, nie chce się poddać, szydzi z braci swoich, hrabiów i baronów, którzy chcą układów, wzywa jeszcze Chrystusa i Marię, chociaż czuje piętno wiecznego potępienia na czole; ale, widzisz, jest poetą chrześcijańskim. Wreszcie zbliża się szturm ostatni; każe przyprowadzić syna na wały; mówi mu: „Czoło matki twojej było niegdyś takiej samej bieli i miękkości”, a później dodaje: „Rozstajemy się, mój synu, czy wiesz na jak długo? Wkrótce wśród chórów anielskich ty nie raczysz rzucić kropli rosy swemu ojcu, pożeranemu przez płomienie. Żegnaj, Jerzy mój, żegnaj!”.
Kula trafia Orcia, pada. Hrabia rzuca się naprzód i woła: „Nazad, w przepaść, syny wolności!”. Walczy po raz ostatni, a gdy tłumy hrabiów i baronów zapytują go z dziedzińców zamkowych, dokąd ich prowadzić każe, odpowiada im: „Na śmierć”; i nakazuje pędzić ich przeciwko wdzierającemu się ludowi. Wreszcie, gdy zamek wzięto, rzuca się z murów, a jego ostatnie słowa są te: „Wdarli się na wieże i patrzą, czy nie odkryją gdzie hrabiego Henryka. Jestem tu, ale wy mię sądzić nie będziecie. Ja się już wybrałem w drogę, ja stąpam ku sądowi Boga (posuwa się dalej ku brzegowi przepaści). Widzę ją, całą czarną, obszarami ciemności płynącą do mnie, wiecznie jaśnieje, a nic nie oświeca (krokiem dalej się posuwa). Biegną, zobaczyli mię! Jezus Maria! Poezjo, bądź mi przeklęta, jako ja sam będę na wieki! Ramiona, idźcie i przerzynajcie te wały!”. Potem skacze w przepaść.