Często przechadzam się w Kampanii rzymskiej, zyskując tem katar i odciski; ale jest to coś bardzo pięknego. To najrozleglejsza nuda, nuda najlepiej wyrażona, jaką znam. Jest tam i milczenie, i zgrzybiałość, i bezmiar zarazem. Ruiny rozpadają się w proch powoli. Ludzie, błądzący między nimi, podobni są owcom, które pasą; wszystko tam ponure, bez nadziei, bez postępu, wszystko stoi w miejscu, a raczej posuwa się z wolna ku nicości. Ja i Kampania rzymska to jedno, a krzyki puchaczy, radujących się na tych murach, odpowiadają w zupełności napadom wesołości, które budzą się niekiedy w sposób urywamy i błazeński w mojem sercu. Zresztą mało kogo widuję. Znam la Bidoyera, syna sławnego pułkownika. To chłopiec lat dziewiętnastu, rześki, krzepki, o dobrem sercu i nienasyconym apetycie. Jest to wielka przyjemność dla mnie, gdy widzę, jak je i śmieje się. To mi przypomina, że był czas, gdy i ja dużo jadałem i śmiałem się głośno. Widuję młodą, wysoką dziewczynę, zagrożoną suchotami, bardzo muzykalną, pełną nauki i talentów, pożeraną nudą i w najwyższym stopniu dziwaczną: hrabiankę Kalikstę Rzewuską, córkę sławnego Rzewuskiego, który był emirem w Arabii i zginął w ostatniej wojnie. Lubię dosyć drażnić się z nią i sprzeczać. Jest zupełnie naturalna i dobra. Przyglądając się jej, zbieram bardzo cenne obserwacje o tem, czem jest erudycja, poezja, muzyka, i przekonywam się, że wszystko to nie warte macierzyństwa. Widuję ciotkę swoją, księżnę Lubomirską, podległą ostrym bólom bez nadziei na wyzdrowienie, pełną rezygnacji, prostą i słodką, jak anioł, niegdyś jedną z pierwszych piękności w Polsce, dziś istotę świętą i zgnębioną cierpieniami. Czuję się bardzo mały, ile razy jestem z nią razem. Taka jest moja powieść.

Nie wiem, co zrobię. Oczekuję tu swego ojca na wiosnę, ale, jeśli pojedziesz do Genewy, Henryku, to się zobaczymy znowu i pić będziemy z pucharu dni minionych dość zwiędłemi wargami.

Żegnaj, mój drogi, najserdeczniejsze pozdrowienia dla matki Twojej.

Twój na wieki.

Zyg. Kras.

Prześlij mi streszczenie szczegółowe swojej pracy!

86. Do Anny Ankwiczowej

(Rzym, około 15 marca 1834)

Pani żądasz nowin ode mnie, bym nie gadał o Bertramie107 ale o sobie i o Rzymie. — Bertram a ja wszystko jedno. O Rzymie powiem, że mnóstwo narodu się nazjechało na Wielkanoc. Polaków dość, Aleksander108, Sołtan, Stanisław Sołtyk, Rajecki, Jastrzębski, Bobry109. Z nowin zaś włoskich dwie tylko wiem: pani Rzewuska wdowa idzie za Zdzisława Zamoyskiego, a panna Alopens za młodego La Ferronaye. Teraz, żeby Pani mnie zawiesiła miecz Damoklesa nad głową, to już nic więcej nie wiem. Oh, prawda: król i królowa neapolitańscy tu są: król chodzi po sklepach i targuje się o luidora, hurmem lud wali za nim.

Ja 11-go kwietnia Rzym opuszczam i jadę do Münich przez Florencję, Genuę, Genewę i Zurych, a to wszystko z Sauvanem110, który twierdzi, że moje zdrowie znacznie pochylone i spiesznie idące po drodze złego, a zatem że trza ostatnich i najmocniejszych użyć środków do poratowania jego. Te środki mają być: wody mineralne około Ems. Bóg da mi to, że będę miał szczęście może Panią tam obaczyć, a potem razem na zimę do Neapolu. Wierzaj mi Pani, bez Pani Rzym nic nie wart, bez Pani Polacy się nie znają, nie widzą, bez Pani nudno i długo, ponuro ciągną się wieczory. O Panią Rzym woła, o pannę Henrietę wołają z nim; obiecałem Rzymowi, że Panie tu wrócą, a więc jadę, pędzę ku brzegom Renu, stamtąd porywam Panią i Pana Hrabiego i pannę Henrietę, a dzień, w którym wjedziem do Rzymu, będzie podobnym do tych dni, w których tryumfatorowie szli na Kapitol. — Bądź Pani łaskawa w pierwszych dniach junji111 napisać mi parę słów do Münich, — gdzie przyjadę 2 lub 3 czerwca — i nadmienić o swoich zamiarach. — W Neapolu na ten czas nie będę. Danielewicz jedzie tam na 12 dni i list do panien Rosetter zawiezie, potem wraca do Rzymu i razem we trzech puszczamy się. Oczy moje wściekle mnie bolą, za tę bazgraninę niech one mi będą wymówką. Dziękuję bardzo za zdanie łaskawe o Agaju112. Ja zaczynałem już myśleć, że to wielkie głupstwo, a co do Gwiazdy proszę nie wydawać autora113. Dziwię się sądowi Montalemberta, bo ten kawałeczek jest tuzinkowym, a największa jego zasługa, że bez zmyłek gramatycznych jest napisany.