Danielewicz serdecznie Cię ściska; stał się z niego kompozytor wielki muzyczny. Geniusz muzyczny buchnął raptem z głowy, jak Minerwa całkowita, uzbrojona, z jowiszowego mózgu. Wszyscy znający się przyznają mu ogromny talent. Addio, mój drogi Konstanty, kochaj mnie i nie zapominaj!
Z.
94. Do Joanny Bobrowej
Mediolan, 4 listopada 1834
Pani!
W chwili wyjazdu z Mediolanu, gdzie pozostawałem do dnia dzisiejszego, zatrzymany przez kwarantannę, którą zmuszony jest odbyć każdy statek parowy w Genui z powodu cholery, wzbudzającej szaloną obawę w królu neapolitańskim, posyłam Pani to, co napisałem o jej kuzynce. Niechaj Pani widzi w tem tylko zamiar spełnienia jednego z jej życzeń, bo samo wykonanie — jestem przekonany — nie wiele warte. Jedenastego b.m. przybędę do Rzymu. Ze smutkiem powitam okna Pani na Corso — i wszystko, aż do starego Aignera, będzie na mnie sprawiało wrażenie przez pamięć chwil, przebytych w domu Pani.
Jak się Pani miewa? Czy lepiej pod kierunkiem Carrusa, czy też Sauvana?
Co do mnie, dość marnie się czuję. Nudzi mię wszystko, co mię otacza, i to, co otaczać mię będzie — wskutek powziętego z góry uprzedzenia. Nie widzę innego środka, jak tylko porzucić któregokolwiek dnia scenę, gdzie dla mnie roli nie ma. Być wśród figurantów — rzecz mała i licha. Ażeby zaś grać pierwsze role, potrzeba primo: innego teatru, następnie potrzeba... Bóg wie, czego potrzeba. — Czy wygrałem zakład? Czy Pani była na balu? A może przegrałem? Bal to piękna rzecz dla tego, kto ma lat piętnaście i wybiera męża lub nawet szuka żony! Dla reszty śmiertelników jest to mdłe przepędzenie czasu, jednakże myślałem często, że chciałbym ujrzeć Panią na balu, ażeby wygrać zakład, jestem bowiem przekonany, że Pani ożywia się na dźwięk muzyki, na widok wesela i girland z kwiatów — albo może się mylę. Gdyby Pani wiedziała, jaki jestem samotny od czasu, kiedy nie słyszę dąsów Lolly i dowcipów Mimi, a potem tego przeciągłego akcentu bony: „Idźcie do drogiej waszej Mamusi!”.
Istotnie, stałem się rośliną pasożytną w salonie Pani, a wie Pani, że bluszcz, latorośl winna i wszystkie gatunki tych badyli więdną i zamierają, gdy się je odrywa. Oto i teraz zdaje mi się, że wszędzie spostrzegam powóz Pani albo karocę jej męża, zdaje mi się, że słyszę wszędzie jej głos i jej dzieci. I zawsze się mylę, i wracam do tych złudzeń, bardziej, niż zwykle, zawiedziony. Dziwny to zwyczaj szukać osób żywych tak, jakby się szukało i wywoływało zmarłych. I jestem pewny, że, gdyby Pani mogła widzieć myśli moje, zawsze ku Niej zwrócone, znudziłoby to Panią nareszcie. Teodor powiedziałby, że to jedna z moich myśli dziwacznych lub jeden ze śmiesznych zwyczajów. Niechaj to sobie będzie, jak chce, ale tak jest. Jestem dość samolubnym, aby nieustannie, dwadzieścia razy na dzień wyobrażać sobie, że spostrzegam błękitny lub różowy kapelusz Pani, czarny lub biały jej męża, że widzę przesuwający się trzewiczek Lolly i rozwiane loki Zosi — a to wszystko sprawia, iż mniej nędznie przepędzam moje nędzne dni.
Jeden tylko wypadek mógłby zmienić bieg moich myśli i nieznośny stan mej duszy. Oto: gdyby statek parowy się rozbił, i gdybyśmy wszyscy wraz z nim się rozbili. Wtedy można przypuścić, że zupełnie ukojony zasnąłbym na dnie Morza Śródziemnego. Lecz, skoro marzę jeszcze, to pewna, że marzyć będę o dawnym nałogu znajdowania się w salonie Pani.