Przyjmij Pani wyrazy mego najgłębszego szacunku.

Zyg. K.

95. Do Joanny Bobrowej

Rzym, 1834. 11 listopada

Pani!

Wczoraj otrzymałem list, który Pani była tak dobra do mnie napisać, natychmiast po mojem przybyciu. Przy odczytywaniu go zdawało mi się, że słyszę dźwięk tych samych dzwonów, o których Pani mówi. Doprawdy, jest coś gorzko smutnego w przeczuciach Pani samej o sobie i w opinii, jaką Pani sobie o mnie wytworzyła. Niech Bóg broni, aby się pierwsze kiedykolwiek spełniły, niech Bóg broni, aby Pani drugą zachowała. Że ja mogę leżeć w łóżku, że mogę być oddzielony od świata — to naturalnie, to dobrze; lecz co do Pani, o którą cały świat się upomina i ma prawo się upominać, to straszne wiedzieć, że Pani jest w łóżku, to straszne wiedzieć, że Pani jest cierpiąca, myśleć, żeś sama, zupełnie sama w cierpieniu, a potem jeszcze przyjdą fałszywe przyjaciółki zasiąść u wezgłowia Pani, przyjdą z radością w sercu, że już nie możesz ich zaćmiewać, przyjdą oświadczać ci zainteresowanie się i współczucie — a Pani będzie wiedziała o tem wszystkiem i będzie zmuszona dziękować im dla zachowania konwenansu. Nie ma nic okropniejszego nad te ludzkie konwenanse wtedy, gdy się leży na łożu boleści. Nie uwierzy też Pani, jak cierpię z tego powodu, że Pani cierpi.

Jednakże Sauvan pociesza mię trochę, utrzymując, że niedomaganie Pani długo trwać nie może i nie ma w sobie nic groźnego. — Teraz chciałbym powrócić do tego, co Pani mówi o mojej wyobraźni, o fałszywości tej wyobraźni i o tem, że ja sam wiem doskonale, iż moje idee są fałszywe. Za każdym razem, kiedy Pani dotknie mojej miłości własnej lub moich myśli takich, jak je wynurzam, będę miał dla Pani jak najgłębszą wdzięczność, bo wówczas albo wytknie Pani coś śmiesznego we mnie, a ja postaram się pozbyć tego, lub wskaże mi Pani błąd, a ja postaram się z niego poprawić. A wówczas jeszcze mi zostanie coś głębszego, szlachetniejszego, niż śmieszność, coś prawdziwszego, niż błąd — zostanie mi głąb mej duszy i tam będę mógł cofnąć się z uczuciem pociechy.

Lecz, oskarżając mię, że sam wiem, iż moje idee są błędne i że je podtrzymuję tylko przez zamiłowanie do mistycyzmu i potęgi złowrogiej wróżby, czy wie Pani, co czynisz? Zarzuca mi Pani złą wiarę, podkopujesz grunt we mnie, zstępujesz w najgłębsze tajniki mego serca i mówisz: „Tam jest tylko wyrachowanie — ten człowiek stworzył sobie doktrynę poetyczną, której nie odczuwa, z której — być może — sam się wyśmiewa, a idzie za nią, aby tylko oszukiwać innych”. Otóż, widzi Pani, gdyby ktoś przyszedł z bardzo daleka i powiedział mi, że Pani tak o mnie myśli, nie uwierzyłbym w to. Nie pojmuję, jakim sposobem mogła powstać w Pani podobna myśl o mnie. Wzbudzać tego rodzaju opinie w tych, których się nad wszystkich poważa, na których nam najwięcej zależy — jest to prawdziwe nieszczęście. To jedna z najdotkliwszych przykrości, jakich doświadczyłem w mem życiu. Bo przecież zna mię Pani tak dobrze, jak mało osób na tym świecie. Żadnego z mych błędów, żadnego z dziwactw, niczego, co tylko jest we mnie złem, nie ukrywałem przed Panią — lecz z drugiej strony spodziewałem się, że Pani wie o jedynej, być może, dobrej rzeczy, którą zawiera dusza moja — o mojem sercu, bo ono właśnie zawsze powstrzymywało mię od uciekania się do fałszu względem Pani, bo zawsze okazywałem Pani jak największy szacunek i jak najszczersze uwielbienie. I właśnie dlatego, że uwielbiałem i szanowałem Panią, nie mogłem nigdy mówić Pani nic innego, jak tylko to, w co sam mocno wierzyłem. To, co by mi Pani sprawiedliwie zarzucić mogła, to chyba coś nieokreślonego w myślach moich, w przeczuciach, w opowiadaniu tego, co mi cięży zawsze i wszędzie — ale czy taka nieokreśloność jest złą wiarą?

Nieokreśloność oznacza dwie rzeczy: albo brak związku między uczuciami, których dusza doznaje, albo też rzeczy mocne i pewne, które przeniknęły aż do szpiku kości, lecz które nigdy całkowicie z ust nie wyszły — które na wpół tylko mogą się wyrażać, bo są zbyt bolesne, aby się w całości wyrażać mogły — które przez to samo wreszcie, że nigdy z duszy nie wyjdą całkowicie, rzucają na wszystko, na najmniejsze szczegóły, coś smutnego i nieukojonego. Jeżeli Pani jeszcze pamięta nasze wspólne rozmowy, jeżeli jeszcze mogę się spodziewać, że ich wspomnienie nie zatarło się w umyśle Pani, jeżeli Pani zauważyła to, co wyrażałem, i to, czego nie domówiłem, jeżeli lepiej, niż moje określone wyrazy, ma Pani jeszcze w pamięci moje długie i pozytywne milczenia — niech Pani sama orzecze, w którym z tych dwóch przedstawionych Pani wypadków ja się właśnie znajduję? Powiedziałem, że Pani była sprawiedliwą, oskarżając mnie o nieokreśloność. Chciałbym dodać jeszcze jedną myśl swoją. Sprawiedliwość tem jest prawie w sferze duszy, czem matematyka w sferze ciał. Obie są surowe i niewyrozumiałe. Obie są córkami Rozumu a nie Serca. Otóż nigdy nie przestanę wypowiadać mej wiary w tym względzie. Rozum wydaje mi się znacznie niższym od serca, a wszakże to nie na sprawiedliwość Boga liczymy, lecz na jego łaskę i miłość nieskończoną, kiedy wznosimy oczy ku niebu, aby Go prosić o litość nad nami. Na przyszłość, błagam, niech Pani nie ma o mnie tak złej opinii, niech Pani nie stawia mnie w rzędzie chorych z przywidzenia. Niegdyś życie moje musiało być zbyt piękne, skoro wyobraźnia moja sama jedna mogła je zwarzyć, a jeżeli ono się zwarzyło, to dlatego, że wielu modlitw wcale nie odmówiono, że wiele nadziei, i to słusznych, nie spełniło się, że pozytywna rzeczywistość zagrodziła mi drogę. Ta właśnie wewnętrzna wiara sprawia, że najczęściej nie odpowiadam wcale na oskarżenia i na uwagi, jakie mi czynią, bo myślę wówczas, że godność moja nie powinna zważać na nic; lecz tu nie było tego wypadku. List Pani przeraził mię, bo pragnąłem go zawsze, chciałbym go ciągle — i życzę sobie, aby Pani miała o mnie pojęcie szlachetne. Umysł mój mogę rzucić krytykom świata jako rzecz, którą mało sobie ważę — lecz, jeżeli już raz wyraziłem i odkryłem komukolwiek najtajniejsze uczucia mojej duszy, mam prawo żądać, zgodzi się Pani, aby je ten ktoś zrozumiał i nie wydawał o nich tak okrutnego sądu, jakim był sąd Pani. Niechaj Pani zapyta tych, którym nic z mej duszy nie powierzyłem, którzy mię znają tylko z widzenia i słyszenia w świecie. Wszyscy oni powiedzą Pani, że nie znali nigdy weselszego i szczęśliwszego człowieka. Niech Pani zapyta tych, którzy mię znają i pojmują. Odpowiedzą Pani, że nigdy nie znali człowieka smutniejszego i bardziej ponurego. Być może powiedzą też, że nie wiedzą, dlaczego. Bo to „dlaczego”, Pani, to ostatnie schronienie mej duszy, to jej niewidzialny zakątek. W starożytnych świątyniach znajdowały się zasłonięte posągi. Gmin przychodził i oddalał się, nie znając tajemnicy — lecz byli ludzie, którzy ją posiadali, chociaż nigdy nie podnieśli zasłony! Dlatego też powinna by Pani wierzyć, że nie ma złej wiary w człowieku, co bywa wesołym tylko dla tych, których chce złudzić, a zawsze jest smutny z tymi, którzy mu są drodzy.

Jeżeli Panią znudziłem, daruj mi! Tak, czuję to, znudziłem Panią. Niech Pani przeczyta to, co piszę, jako dowód wysokiego poważania, najszczerszego, największego szacunku, jaki dla Pani odczuwam; bo, gdyby było inaczej, starałbym się odpowiedzieć w tonie lekkim i żartobliwym, nie poruszyłbym aż do głębi mej duszy wszystkich bolesnych prawd, które tam się rozpościerają i złożone są na zawsze — lecz nie śpią.