O, Pani, jakże jest smutnym dla mnie obraz Twych cierpień! Jakże chciałbym być w Dreźnie, chociażby dlatego, aby codziennie zasięgać o Pani wiadomości, aby rozżarzać węgle na Jej kominku, lub od czasu do czasu opowiedzieć Pani jaką starą opowieść. A co do czarnej wyobraźni, to sądzę, że i Pani także jest bardzo wrażliwą.
Po cóż Pani myśli o swych ostatnich godzinach? Dla kobiety tyle jest rozsianych po świecie uśmiechów, tyle codziennych drobiazgów, zdobiących dowolnie jej byt; tymczasem dla mężczyzny jest tylko pole bitwy i trybuna. Nie, Panią jeszcze otoczą objawy szacunku, czci i hołdów. Jeszcze na drogę Pani rzucać będą wieńce kwiatów. Będzie Pani miała chwile, w których poczujesz całą świeżość młodości i najpiękniejsze nadzieje. I jeżeli w jednej z takich chwil spotkam Panią wesołą, wielbioną, z uśmiechem na ustach, królową wśród szmeru i zachwytu, to, tak, jak i dziś, mało elegancki, mało mający nadziei, powiem Pani: „Kto z nas miał słuszność?”. A jednak wówczas szczęśliwym będę, widząc Panią w chwili pełnego wdzięku poddania się i radości. Bo ileż razy, gdym Panią widział omdlewającą na kanapie, pragnąłem w duszy, chociażby z daleka, zobaczyć Panią świetną i olśniewającą wśród ciżby, tłoczącej się za Nią.
Postanowiłem pozostać w Rzymie, by przepędzić tu cały karnawał. Długo nienawidziłem Rzymu — teraz kocham go. Niech Pani będzie tak dobra i napisze mi kilka słów, abym wiedział, jak się Pani miewa. Będę w największym niepokoju, dopóki nie otrzymam wiadomości o Pani.
Zyg. K.
Dzięki Ludwice, że myśli o mnie!
Zakaz pisania o kuzynce Pani przyszedł już za późno. Prawdopodobnie już Pani otrzymała urywek, który posłałem z Mediolanu. — Nawet przelotne życzenia Pani były dla mnie zawsze prawem.
96. Do Henryka Reeve’a
1834 r. Rzym, 12 listopada
Masz najzupełniejszą słuszność, gdy zarzucasz mi jednostajność: zawsze to samo, wielka fala, która wznosi się i opada. Toteż wedle praw mojej jaźni jestem teraz pogrążony w najgłębszej apatii. Wszystko mi obrzydło, nienawidzę nawet obłoków, które przechodzą nad mą głową, i żądam od Boga, od przyrody, od społeczeństwa ludzkiego, od wszechświata czegoś, co mogłoby wypełnić moje serce i pustkę mojej duszy. Próżna i pusta jest dusza moja. Jestem tylko grobem pobielanym. Myśli moje nie warte są zgnilizny kości umarłych. Z dniem każdym staję się bardziej samotnym, bardziej odosobnionym na świecie. Z każdą chwilą mniej mam wspólnego z ludźmi. Wszystko, co ich w całości spotyka, mnie częściowo się tylko zdarza. Ich najprostsze przyjemności zawierają dla mnie olbrzymie przeszkody, a z drugiej strony moje pożądania i namiętności są dla nich niezrozumiałe. Nie wiedzą, jak mię nazwać. Jednego dnia mówią: „To szaleniec”, a potem: „To dziecko”, wreszcie: „To demon”. A cóż oni o tem wiedzą i cóż ja sam wiem o tem? Wiem tylko, że ciężar mię przygniata, nuda pożera, a żądze nieokiełzane mną miotają. Chciałbym rozpłynąć się w czemś, co bym kochał, jak święta kocha Jezusa Chrystusa. Chciałbym, żeby mnie spotkało to, co Semelę, gdy Jowisz w swojej chwale zeszedł do wezgłowia jej łoża. Stała się popiołem mocą płomienia, którym była. Siłą uczucia stała się nicością. A ja czasem jestem tak bliski nicości, że pożądam gorąco wrażeń półboga, by się podnieść i uzdrowić.
Ach, nieraz, gdy jestem sam w pokoju, w dzień duszny i mroczny, gdy po wchłonięciu tego, co mi pozostało jeszcze z myśli i wspomnień, wstaję ze swojej sofy bez wiary, bez miłości, bez nadziei, zdaje mi się, że z rozkoszą zwróciłbym się przeciwko wszystkiemu, co żyje i co istnieje, przeciwko sobie samemu, przeciwko latom, które przeszły, i tym, które mi do życia pozostały. Bywają uczucia piekielne, które wślizgują się niekiedy do serca ludzkiego. Cierpienie fizyczne sprawia, że wracamy do Boga, że podnosimy oczy ku niemu, by zlitował się nad nami. Ale cierpienie moralne odpycha, oddala nas od nieba. W duszy, która się pożera, która zwraca się ku sobie i naprzód nie postępuje, rodzą się zachcianki szatańskie, pożądania pychy bezgranicznej, halucynacje zemsty przeciwko najwyższej potędze wszechświata. Zdziwisz się, Henryku, słysząc, że tak przemawia człowiek, który niegdyś tak silnie wierzył w Boga i tyle pokładał w nim nadziei. Ale szedłem szybko po drodze wiodącej do zguby. Stałem się łupem moich żądz i moich namiętności; nic mię zadowolić nie mogło.