W znoju upłynęło życie moje zarówno na drodze zła, jak na drodze dobra. Skutki występku i cnoty były dla mnie prawie jednakie, to znaczy: żadnej pociechy, żadnego spokoju serca. Często, źle czyniąc, czułem w sobie pełnię sił i rodzaj fanatycznej świętości. Często, postępując dobrze, czułem w duszy gorycz i słabość. Wyprowadziło to z równowagi moją religię, moją filozofię, jednem słowem wszystkie moje wierzenia; wreszcie nicość mego życia napełniła po brzegi czarę obrzydzenia. Nudziłem tych, których najbardziej kochałem. Kto mnie zna powierzchownie, utrzymuje, że jestem wesoły, że mam serce i umysł, że wdzięk i pomoc we mnie znaleźć można. Kto mnie zna dokładnie, ucieka przede mną, pyta mię, kim jestem, skąd przychodzę. Kobieta, którą najdłużej kochałem i która mnie najsilniej kochała, wyobraziła sobie w końcu, że jestem diabłem. Jednem słowem, jestem w wojnie z ludźmi, mymi braćmi. Wszyscy mię nudzą i zanudzają. Świat od gwiazd do kwiatów, od pojęcia anioła do pojęcia dziecka stał się dla mnie nudnym, powtarzającym się dowcipem. Jestem za młody, by w łeb sobie palnąć, za stary, by szkołę na nowo rozpoczynać. Jestem jedynie zdatny do odgrywania roli skorpiona przez lat dziesięć, a następnie do wydania swego ostatniego tchnienia w przekleństwie lub w długiem ziewnięciu. Ach, jeśli wiesz, gdzie znajduje się promień nadziei, nowa zorza, wiara młoda, zdolna mi serce wypełnić, powiedz mi o tem, Henryku! Daj mi ideę lub rzecz, którą bym mógł ubóstwić, z której bym mógł sobie ołtarz uczynić, a ległbym przy niej i żyłbym miłością, uwieńczony kwiatami, osnuty kadzidłami, otoczony muzyką. Widziałem dzisiaj chłopa polskiego, brudnego i zgrzybiałego, który z kosturem w ręku i z dwiema muszlami pielgrzymimi na plecach przyszedł pieszo z Warszawy do Rzymu, by klęknąć u grobu św. Piotra. Gdy go zobaczyłem, pozazdrościłem mu jego podróży, jego idei, która tak silnie go pchnęła naprzód. Daj mi ideę podobną, a jeszcze jeden świat stworzę!

Jadę do Neapolu dopiero za dwa i pół miesiąca. Nie mam najmniejszego pojęcia, co dalej zrobię. Ale przyjedź w lutym do Neapolu, a zobaczysz coś w rodzaju trupa, toczonego przez robaki. Handley jest tem, za co go uważasz. To człowiek, który ma całe moje poważanie. Żegnaj! Uszanowania dla matki Twojej, ukłony dla Waleriana.

Zyg. Kras.

Pisuj do mnie, jak możesz, najczęściej.

97. Do Konstantego Gaszyńskiego

Rzym, 29 novembra121 1834

Przybywszy do Rzymu, ugrzązłem i siedzę tu do czwartego marca, potem do Neapolu jadę. Pisz więc tutaj: Hôtel Spillman, via della Croce. Wciąż słaby jestem na duchu, roją mi się fantasmata w sercu i mózgu, nieskończone żądze, niewymowne upragnienia, którym nigdy nie stanie się zadość, jako się nigdy nie stało. Są chwile, w których upadam na łóżko i leżę jak martwy, ale są i takie, z których myśli duszy mojej wytężam, gdyby ramion tysiąc, w które objąć chcę świat cały, wszystkie piękności ziemi i nieba. Tak Briareus, olbrzym, stąpał ku mieszkaniu bogów i, dostawszy piorunem w łeb, zwalił się pod gruzami gór, które dźwigał. O, gdybym choć raz mógł na jawie obaczyć wszystkie moje ukryte żądze, sklejone w ciało, ubrane w formę! Ponieważ jestem mężczyzna, ta forma musiałaby być kobietą. Nie byłby to posąg Pigmaliona, ale ona, utworzona z żebra duszy mojej; poznałaby mnie, byłaby mną i sobą zarazem. O, wtedy, sam na sam ukląkłbym przed jej śnieżnem ciałem! Nie byłaby to Wenus grecka, owszem, w jej urodzie przebijałaby powaga Apollina belwederskiego, ale ta uroda wzniosła, ta duma wzroku, to panowanie nad wszystkimi w łzy by się rozpłynęło przede mną. Dla mnie ona by śpiewała piosenkę dziecinną, dla innych straszną pieśń natchnienia.

Dzisiaj, nie wiem skąd, poezja mnie odwiedziła. Ale nie ma, nie ma jej! Pięść gryzę, jak niedźwiedź litewski łapę swoją w zimie.

Przesyłam Ci z tym listem sto piastrów rzymskich, co podobno czyni pięćset trzydzieści franków; przyjm je ode mnie, a jeśli Ci się na co zdadzą, to wdzięczność z mojej strony pozostanie, żem mógł sobie, mój drogi, ulżyć chwil kilka tego przeklętego życia.

Z.