Napisz co w rodzaju Pana Tadeusza, np. Uniwersytet Warszawski z wszystkiemi śmiesznościami swemi; bohaterem takiego poematu mógłby zostać Lach Szyrma.

98. Do Joanny Bobrowej

Rzym, 4 grudnia 1834

Pani!

Milczenie Pani sprawia mi niepokój okrutny. Zdaje mi się zawsze, że widzę Panią cierpiącą i omdlewającą na łóżku lub na kanapie. Potem nieraz myślę o antypatii, jaką wiem, że Pani ma do pisania listów, i to mię wówczas pociesza, gdyż, wiedząc o tem, wolę przypisać milczenie Pani temu, co nazwałbym niedbałością, zniechęceniem, wahaniem się, lub wreszcie wolą nawet, aniżeli niezdrowiem. Jednakże, bądź co bądź chciałbym mieć przynajmniej od Pani te słowa: „Lepiej mi”. Potem przychodzi mi jeszcze na myśl, że moje lub Pani listy giną, a dostateczna jest przestrzeń między nami, aby niezręczność pocztyliona mogła mi złe sny sprowadzać. Jednem słowem, chciałbym bardzo wiedzieć, co się z Panią dzieje. To może śmieszność z mojej strony lub dzieciństwo, nie móc zapomnieć łatwo o osobach z któremi żyłem, mówiłem wiele, u których stołu siadałem, których szczęściem zainteresowałem się, których dobroci zawdzięczałem dni nie tak ponure i milczące jak te, które zwykle spędzam z sobą samym.

Świat w ogóle inaczej w takich razach postępuje; tak nawykł zmieniać znajomości, przystosowywać się do wszystkiego i żyć powierzchownie, że pożąda jedynie nowości i nigdy nie żałuje przeszłości, dość podobny w tem właśnie do dzieci, które bawią się dobrze tylko nowemi zabawkami. Lecz ludzie mówią, że tego właśnie potrzeba, a życie większości z pośród nich upływa na przedstawianiu się i żegnaniu, co jest najwyższym konwenansem, przyjętym w towarzystwie. Tam, gdy się powie: „żegnam pana” lub „żegnam panią” — wszystko skończone ku wielkiemu zadowoleniu stron obu. Ja jestem inny i, gdy znałem kogoś długo, gdy raz poświęciłem mu coś głębszego, niż słowa i bilety wizytowe, wtedy wyraz „żegnam” zawiera dla mnie nadzieję zobaczenia go znowu i obietnicę myślenia o nim, żądania ciągle o nim wiadomości, życzenia mu ciągle dobrze, świadczenia mu przysług za każdym razem, gdy Bóg sposobność nadarzy — oraz prośbę, aby ten ktoś zechciał czasami przypomnieć mnie sobie. — Oto widocznie nowe źródło nudnego dziwactwa, które Pani odkrywa we mnie. Lecz, Pani, czyż mogę się zmienić? Czy człowiek może sprzeciwić się Stwórcy swemu i być innym, niż go stworzono? Do dzisiejszego dnia przynajmniej to było niemożliwem; być może przyjdzie i to z postępem oświaty. Opierając więc na tych zasadniczych podstawach moją korną prośbę, pytam się, czyby Pani któregokolwiek dnia lub wieczora, znalazłszy przypadkiem na stole kawałek zmiętego papieru, urywek papilota lub szczątek tektury, nie mogła ołówkiem, piórem lub szpilką skreślić kilku wierszy, które by mi powiedziały, jak się Pani miewa i co dokazuje moja młoda narzeczona, Lolly, a potem przesłać mi je przez smutne śniegi, które dzielą Panią od Włoch, równie smutnych dla mnie, jak śniegi. Bo i ja także zapadłem na chorobę piersiową i cierpię dość silnie, by mniemano, że mi zagrażają suchoty — ponure dziedzictwo, jakie mi przekazała matka moja wraz z wyobraźnią, jeszcze bardziej ponurą. A Pani powie, przeczytawszy te wyrazy: „Ach, ach! Oto znów choroba z przywidzenia. Należałoby wyryć na jego grobie:

Tu leży

ten, który wyobraził sobie,

że umarł”.

Nieprawdaż?