Ale chcę Panią pobudzić do śmiechu. Dajmy pokój smutkom! Bawi tu pani Bobonigo, która według mego zdania jest kobietą najśmieszniejszą, lecz zarazem ma najwięcej przebiegłości i taktu ze wszystkich kobiet, jakie tylko znałem. Ona też zwiedzie wielu — a biada temu, kto wpadnie w jej sieci, zawsze zastawione, zawsze przygotowane, zawsze drżące pożądaniem schwytania ofiary; bo już nadaremnie błagać będzie o czułość lub litość. Znajdzie tylko ironię i sarkazm, próżność i miernotę tryumfującą. Czasami bywam u niej. Zastaję ją zawsze leżącą, utrzymującą, że jest słaba, schylającą głowę na ramię, układającą się na kanapie, dopóki nie znajdzie najpowabniejszej pozy i wtedy mówiącą nieokreślenie, cichym głosem, jak osoba zatopiona w potężnych marzeniach. Otóż jedynem jej marzeniem jest uważać, czy sprawia efekt. Przy tem na stoliku z boku znajduje się alabastrowe popiersie Chrystusa Buonarottiego i tuż zaraz alkoran u stóp wspaniałego krzyża z drogich kamieni i złota. Olbrzymi stos romansów tworzy jakby poręcz nad brzegiem stołu — bliżej niej leżą plany architektoniczne, projekty pałaców i kościołów na Ukrainie, aby nie powiedzieć w Hiszpanii. Dalej drzwi uchylone do buduaru markiza Bobonigiego. Tam ośm błyszczących lasek leży rzędem na stole, zarzuconym cackami — i wznosi się srebrna toaleta na śnieżno białym obrusie.
W rzeczywistości margrabina jest dość niewykształcona. Myli się w historii, w literaturze i poezji dość często, aby książęta rzymscy, jej wielbiciele, uważali ją i rozgłaszali jako studnię uczoności. Na fortepianie gra nie tak biegle, jak pani Groch. Dość dobrze brzdąka na gitarze. Słowem, utrzymuję, że to zupełnie pani Otylda, tylko mająca trzy lub cztery razy więcej pieniędzy na wydatki i fałszu do ukrywania się, ale w gruncie rzeczy jest ten sam brak naturalności, to samo szalone pragnienie zawracania głowy wszystkim i każdemu, te same środki, wymyślone, aby zainteresować sobą i rzucić melancholijną zasłonę na swe rysy, które więdną same z siebie, ta sama sztuka i zabiegliwość i wyrachowanie w dramatyzowaniu każdego ruchu, każdego kroku, każdego wyrazu. Wyższość margrabiny polega na tem, że jest obdarzona większą inteligencją i większą znajomością zwyczajów wielkiego świata. Wyższość pani Otyldy jest w tem, że nigdy nie przywdziewa sukien wygorsowanych.
Po porównaniu tych dwóch znakomitych dam widzę, że papier już się kończy. Żegnam Panią i niech Bóg zsyła na Panią wszystkie swe błogosławieństwa. Kazałem odprawić msze w kościele Il Jesù e Maria al Corso. Czy mogę, Pani, pochlebiać sobie nadzieją, że otrzymam wkrótce wiadomości o zdrowiu Pani i jej dzieci?
Zygm. Kras.
Konstanty poleca mi złożyć Pani swoje najgłębsze uszanowanie.
Przed dwoma dniami widziałem rękę Pani u jednego rzeźbiarza na Corso.
99. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 1834. 9 grudnia
Pani!
Jestem bardzo wdzięczny za to, że Pani była tak dobrą i napisała do mnie. Zarzuca mi Pani, że źle zrozumiałem Jej pierwszy list — przepraszam, stokrotnie przepraszam — lecz nie może mi Pani wyrzucać tego, że ze wszystkich sił pragnąłem się uniewinnić. Chciałem, aby Pani wiedziała, aby Pani wierzyła, że są istotne nieszczęścia, związane z moją istotą, z moim losem — nie dlatego, aby Panią zainteresować tą istotą lub tym losem, lecz aby Panią przekonać, że ta istota nie kłamała, nie udawała wobec Pani, a jeśli miała nieszczęście znudzić lub nie podobać się Pani, mniej w tem było jej własnej winy, niż winy przeklętego przeznaczenia — bo ono, Pani, jest przeklętem.