Tak, Rzym ma dla mnie jeden potężny powab, ten właśnie, że tu wiele cierpiałem i wiele uwielbiałem — ale też ten jedyny, bo widuję księżnę Lubomirską, którą cienie śmierci z dniem każdym coraz bardziej spowijają — bo nigdzie nie chodzę. Spaceruję nawet rzadko. Nadzwyczajnie cierpię na piersi, a trochę mniej na oczy, co pozwala mi pisać czasem i czytać, poruszyć to tu, to tam kilka iskier w popiołach mojej wyobraźni, która niegdyś obiecywała mi sławę a dziś zanika, jak cała moja istota. Jednak, zanim zniknę z widowni, chciałbym na niej zostawić coś, co by mię przypomniało tym, którzy nigdy nie słyszeli mego imienia. Na kilku stronicach chciałbym zebrać wszystkie me myśli, wszystkie me marzenia, wszystkie moje oddalone ambicje, które — czuję to — nie urzeczywistnią się nigdy. Chciałbym to, co stanowiło cel moich myśli, wcielić w jeden silny, majestatyczny wyraz, potem niech się spełni wola boża. A ponieważ akcja tego, nad czem pracuje mój umysł, rozgrywa się w Rzymie, w głębi katakumb, wśród męczenników, na wyżynach Kapitolu, obok purpury cezarów — oto także dlaczego wolę pobyt w Rzymie, niż w Neapolu. Przy tem w Rzymie — jak to Pani mówiłem — wiele cierpiałem i wiele uwielbiałem.

A oto jeden ustęp z listu Pani przypomniał mi ponurą historię, historię, którą często sam Pani opowiadałem. Czy Pani przypomina sobie te blond włosy Cecylii Metelli, którą rzucono do Tybru — to ciało kobiety tak pięknej i tak kochanej, która, spoczywając w ciszy grobu, w ciągu wieków była z niej wyrwana na rozkaz kilku nędznych księży i niemiłosiernie strącona do rzeki, na której brzegach królowała uśmiechem i łzami. Spierali się nawet, czyby nie lepiej było spalić jej szczątki a popioły rozsypać, lecz za wspólną zgodą postanowili wrzucić ją do wody, w czasie ciemnego jesiennego wieczoru, przy wyciu gwałtownego wichru. I uczynili to bez miłosierdzia! Czy Pani przypomina sobie to podanie?... Czy Pani wyobrażała sobie kiedykolwiek tę biedną Cecylię, pogrążającą się w głąb Tybru i tych czarnych ludzi w długich sutannach, cieszących się nad brzegiem z dzieła swego? Mówią jeszcze, że kobiety, którym poruczono stoczenie trupa w nurty, zatrzymały się, przejęte bojaźnią i litością, na widok tych falujących włosów, tak delikatnych, rozwijających się na wietrze i w lokach spadających na jej łono, którego śmierć i czas zniszczyć nie mogły. Lecz księża nazwali je buntownicami i wzywali imienia Boga miłości i miłosierdzia dla usprawiedliwienia świętokradztwa, a Cecylia Metella, podrzucana, porywana, wpół pochłonięta, popłynęła z biegiem rzeki w stronę morza. Żaden żeglarz ani rybak nie zobaczył jej już nigdy. Niekiedy w samotnej wieży słychać słabe jęki, podobne do tych, jakie wydaje opuszczona dusza, gdy wichry rozniosły ostatnie rękojmie jej miłości, jej ostatnie pamiątki.

Nie wiem, skąd przypomniała mi się ta cała historia — niech Pani sama powie — nieprawdaż? To dziwne! Nie wiem, jakim wypadkiem wczoraj rozmowa wpadła na Drezno, i Sołtan opisał mi most na Elbie, potem Chrystusa, który się tam znajduje; to musi być rzecz bardzo piękna.

Mój Boże, mój Boże, pyta mię Pani, dlaczego pozostaję w Rzymie. Rzym, to tak jak ja — ruiny wśród skwarnej pustyni piołunu. Rzym ośmielił się wszystkiego żądać od nieba: panowania nad ciałami i nad duszami — potem nadszedł dzień, kiedy się on znalazł leżącym wśród cierni i wężów, przetrząsanym przez cudzoziemca, żołnierza, wędrowca, przygnębionym swemi własnemi wspomnieniami, opadającym na siłach ze znużenia. Dziś kona on w pięknych promieniach słońca, kona, spowity w błękit swego nieba. Na każdym z jego kamieni napisano: „Bez nadziei”.

Lecz zdrowie, zdrowie Twoje, Pani! Niech się Pani szanuje, wraca do życia i do towarzystwa! Dręczę się bardzo często myślą, że Pani źle się miewa. Proszę Boga, aby obdarzył Panią radością i szczęściem. Ciągle o Pani myślę, a im więcej myślę tem bardziej podziwiam to wszystko, co przymioty Pani mają wzniosłego i pięknego — tem bardziej umysł Pani, wolny od wszelkiej przesady, przedstawia mi się jako wznoszący się ponad te wszystkie wykrygowane marionetki, które świat zwykł nazywać „czarującemi kobietami” lub „mądremi kobietami”. Słowem, jedyną moją pociechą jest myśleć, kiedy skończę to, czego nie zacząłem — życie (bo gdzież ja żyłem?). Niech Pani zechce niekiedy z dobrocią wspomnieć o człowieku, który nigdy nie przestawał życzyć Pani takiego szczęścia, jakie tylko dusza jego pojąć mogła.

Z żywą radością dowiedziałem się, że się Pani zabrała do angielskiego, bo, jeżeli się nie mylę, to ja pierwszy tę myśl Pani poddałem i udzieliłem pierwszych lekcyj w Kissingen. Czy Pani pamięta ten stoliczek, tego Szekspira czarnego i starego, ten wspaniały monolog Hamleta, który Pani tłumaczyłem i którego pierwsze wiersze udało się Pani tak poprawnie wymawiać:

To be or not to be, that is the question122!”

Czytałem wiele rozmaitych rzeczy, ale nigdy nie znalazłem na tym świecie nic, co by dla mnie równało się nieprzepartej mocy, potędze magicznej tego wiersza. Pani też wie, jak go kocham i jak często go powtarzam. Dziesięć razy dziennie jest on na mych ustach i w mojej myśli — to jak ogniwo magiczne, które się wpiło wokoło mego serca — to jak przyjaciel, którego odnajduję w danych chwilach, czasem to jakby wspomnienie, potem znów jak nadzieja. Zdarza mi się, iż wymawiam go we śnie, iż chcę po przebudzeniu coś powiedzieć a zamiast tego, zaczynam: „To be or not etc.”.

To dziwne, że tych kilka słów tak skrępowały moją duszę.

Pyta mię Pani, co czytać po przeczytaniu Moora. Niechaj Pani weźmie Byrona — Manfreda Byrona lub jego Bride of Abydos, albo Parisina lub też Giaura. Niech Pani nie czyta Don Juana. Jest to dzieło, którego ja sam, aczkolwiek zahartowany w pojęciach mojego wieku i goryczy naszej literatury, nie mogę czytać bez cierpkiej, głębokiej przykrości — tyle tam rozsiano ironii. Wątpię, czy kobieta może być szczęśliwą po przeczytaniu tego poematu. Przede wszystkiem niech Pani przeczyta Five Worshippers Moora. Niech Pani kupi poezje Felicji Steamans. Są to słodkie, dźwięczne poezje kobiece — sprawią one Pani przyjemność. A potem, kiedy Pani pocznie łatwiej rozumieć język — przystąpi Pani do Szekspira Romeo i Julia; najpiękniejsze to marzenie miłosne, jakie człowiek wcielił w wiersze; potem Otello, Makbet itd. — a wreszcie najtrudniejszy ze wszystkich Hamlet, dla którego rozpoczęła Pani naukę, i obym mógł wtedy znów znaleźć się przy Pani, by go czytać wraz z Panią.