100. Do Joanny Bobrowej

Rzym, 24 grudnia 1834

Jeden rok mija, drugi nadchodzi, i dla większości ludzi nic to prawie nie znaczy. Dzieci przez kilka dni cieszą się, myśląc o podarkach gwiazdkowych. Redaktorowie kalendarzy, księgarze i handlujący zabawkami również o tem myślą; zresztą z wyjątkiem tych kilku błahych myśli, kilku istot, rok, który kona, i rok, który się rodzi, służą tylko do tworzenia towarzyskich frazesów i zwykłych komplementów. Dla mnie zawsze jest coś tajemniczego i przykrego w tych ostatnich dniach kończącego się roku, coś nieokreślenie uroczystego miesza się z mojemi myślami. Wtedy podwójnie kocham to wszystko, co na tym świecie kochałem, jak gdyby rok nadchodzący miał wznieść o jedną tamę więcej między mną a nimi. Niegdyś to był okres mej żarliwości, moje dni modlitwy. Siła nieznana pchała mię do kościołów i modliłem się, o nic nie prosząc, bez żadnego celu, jedynie dlatego, aby się modlić. W owych dniach mogłem również zwracać się słodko ku memu dzieciństwu, cofnąć się, że tak powiem, na łono matki. Dziwne marzenia nachodziły mię nocą, widziałem znowu osoby, z któremi związany byłem, smutne myśli, lecz bez goryczy, bez ironii, wspomnienia poważne i spokojne, nadzieje słodkie i marzące. Jednem słowem, ta pora roku wywierała znaczny lecz niepojęty wpływ na moje serce i umysł. I dziś jeszcze to odczuwam i również nie wiem, z jakiej przyczyny. Czyżby mi się zdawało, że jestem przy zgonie starca, który usypia, jak lampa wyczerpana, lub przy narodzinach dziecka, którego życie, chociaż krótkie, jednak może być obarczone burzami? Czy tak, czy inaczej — w tem właśnie usposobieniu umysłu ośmielam się złożyć u stóp Pani życzenia, które dla Niej żywię. Życzę Pani wszelkiego szczęścia, wszelkiego spokoju, wszelkiej pociechy. Oby ten rozpoczynający się rok, oby te wszystkie, które poza nim się tłumią, przyniosły Pani same tylko trwałe radości, nigdy nie więdnące kwiaty. Ujrzy Pani jeszcze wiele wydarzeń; będą wśród nich i takie, które rzucą może zasłonę smutku na niektóre chwile Jej życia, będą może takie, które obudzą Twoją litość, i zdarzą się może nieszczęścia, z któremi dusza Pani współczuć będzie, bo taki jest los ludzi, że życzenie im szczęścia nigdy niezamąconego mogłoby zdawać się gorzką ironią lub życzeniem dziecka. Lecz poprzez te zmiany i te niestałości losów, które wokoło Pani krążą, niech serca Jej nie rozdziera nigdy próżnia, brak nadziei, myśl o nicości — niech ono czuje, lecz się nie łamie — niech cierpi, lecz niech zawsze znajdzie pociechę, niech się urzeczywistnią jego nadzieje — niech na czole córek Pani serce to znajdzie zawsze myśl miłosną, błogie schronienie przed tem wszystkiem, co jest na ziemi zimnego, kłamliwego i złowrogiego.

O północy, w chwili rozdzielającej rok, w którym widziałem i rozmawiałem z Nią, od tego, w którym już Pani nie zobaczę, nie będę już z Nią rozmawiał, myśl moja będzie zwrócona ku Bogu, a imię Pani cichutko przemknie po moich ustach. Jeżeli wtedy anioł jaki unosić się będzie nad ziemią, on mnie usłyszy i zaniesie prośbę moją do nieba, bo każda prośba prawdziwa — taka jest moja wiara — jest przynajmniej słuchaną; czy wysłuchaną, tego nie wiem!

Gdybyś, Pani, tu była, lub gdybym ja był przy Pani, chciałbym wypowiedzieć Pani wszystkie moje myśli, opowiedziałbym Pani wszystkie moje pojęcia o chwili, która jeden rok odrzuca w przeszłość, a drugi wydziera przyszłości. Powiedziałbym Pani, jak bardzo nie lubię w dniu tym uroczystości i balów, jak mi się zdaje, że każdy powinien uklęknąć i modlić się, zamiast tańczyć i pić, bo któż z nas wie, co mu przyszłość gotuje? Alboż ja wiem, czy za rok w dniu takim nie będę w więzieniu lub wśród śniegów? Alboż ja wiem, czy nie będę na innym świecie, na jednej z tych gwiazd, na które Pani tak lubi nocą spoglądać? Pani będzie — to Jej przepowiadam — na ziemi, a Lolly przyjdzie powiedzieć: „Życzę mamie dobrego nowego roku”.

Dunin umarł; widziałem pogrzeb, wychodzący z domu, gdzie Panią po raz pierwszy ujrzałem. Księżna Golicyn, z domu Złotnicka, jest tu, w tym samym, co i ja, domu. To dziwne, że w Ems musiała odwołać się do Pani dobrego serca, a odtąd znalazła dość pieniędzy, aby odbyć podróż do Włoch.

Sołtan zawsze ubolewa, że Pani już nie ma w Rzymie, i nieraz wieczorem zdarza się, że, kończąc u mnie cygaro lub nudną jaką rozmowę u Ankwiczów, powiada: „Ach, gdyby Pani Bobrowa tu była!”. Ankwiczowie zawsze są wyborni i gościnni. Lecz to dowód wielkiego panowania nad samym sobą, gdy ich próg przestępuję. Pewne oczy, które nazywam „zdechłemi oczyma”, zawsze wpatrzone we mnie, czynią mi ten dom nieznośnym.

Otrzyma Pani ten list w 1835 r. Piszę go jeszcze w 1834 do jednej z najpiękniejszych moich przyjaciółek. Miałem 22 lat. Boże miłosierny, stawiam cyfry, jak ta Reichberg!

Raz jeszcze niech Pani przyjmie moje życzenia — raz jeszcze powtarzam je Pani z głębi mej duszy: Be happy and calm and bright124. Dla Lolly tysiąc słów miłych i ten mały bukiecik na gwiazdkę.

Zyg. Kras.