Mężowi Pani przesyłam kartę wizytową do Kijowa.
101. Do Adama Sołtana
(bez daty)
Odebrałem Twój list w Ems, tysiąc razy Ci za niego dziękuję, tysiąc razy. Nie uwierzysz, ile Twój szacunek i przyjaźń Twoja ima się serca mego, ile Twój głos, przychodzący z oddali, wywarł wrażenia na mnie. Wkrótce, jeśli Bóg da, zobaczymy się. Około 10 oktobra zapewne, wsiądę w Genui na statek parowy z Danielewiczem i Sauvanem125. Płynę do Neapolu, ale zatrzymam się w Civita-Vechia, puszczę towarzyszy naprzód, sam zboczę do Rzymu, by księżnie126 moje uszanowanie złożyć i Ciebie powitać, uściskać. Może się namówisz jechać ze mną do Neapolu i tam zimę bawić, co by nie przeszkadzało czasem księżnę odwiedzić w starym Rzymie. Moje losy, od kiedyśmy się widzieli, były przeplatane chwilowemi uniesieniami i długą goryczą; moje oczy mają się lepiej. Przed tygodniem miałem bardzo przykre zdarzenie. Odprowadziłem księżnę Adamową127 do Koblentz. Jej doktór ubrdawszy sobie coś do mnie, wyzwał mnie na śmiertelny pojedynek wobec dam dziesięciu; odpowiedziałem mu, że jest un assasin128. bo najgrzeczniejszy byłem zawsze dla niego. Przyjąłem wyzwanie, nastąpiły sceny najdolegliwsze dla mnie, dla księżnej. Opowiem Ci to wszystko, kiedy się zobaczymy; wreszcie on zemknął. Górowski129 stara się o amnestię. Rana Mikulskiego130 musiała Cię niespokojności nabawić, ale wyratowany i przychodzi do zdrowia. Księżnie złóż moje najserdeczniejsze uszanowanie. Danielewicz i Sauvan przypominają się Twojej pamięci i z serca kłaniają. Addio. Bądź zawsze pewny, że wdzięcznego masz we mnie i przywiązanego do Ciebie dozgonnie.
102. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 10 stycznia 1835
Bywają chwile, zniewalające pisać do tych, którzy są od nas daleko; to prawie instynkt, prawie natchnienie, którym musimy być posłuszni. Chciałoby się wtedy odsłonić swą duszę przed nimi, dać im ją, że tak powiem, do trzymania w ręku, do kołysania na kolanach, tak bardzo się czuje, że jest ona przenikniona ich wspomnieniem, że zlała się z nimi i z przeszłością. A te stany duszy smutne, marzące, nadaremnie pożądające, doznające jednak przyjemności w pożądaniu, najczęściej wywoływane są przez drobne zdarzenia, które przypadkowo dotknęły pamięci. Dźwięk jakiś, promień światła, cień padający tak, jak padały cienie minionych dni, wystarczają, aby od razu pogrążyć w niepokój i niepewność, aby roztoczyć przed nami całe miejscowości, aby wywołać w uszach drgnienia głosu, które brzmieć już przestały.
Jest to prawda, znana tym wszystkim, którzy kiedykolwiek mieli sposobność żałować przeszłości. I ja tego wczoraj doświadczyłem. Wczoraj wieczorem byłem w teatrze Apollo. Unger grała Parisinę. Gdzież ja to widziałem Unger, gdzie słyszałem Parisinę?
Zdaje mi się, że wtedy była wokoło mnie wiosna rozkoszna, że nad mą głową rozciągały się czyste, lśniące niebiosa. Gdy więc ona ukazała się na scenie, w drugim akcie, spoczywająca na łożu, w bieli ubrana, drzemiąc i marząc o Hugonie — kiedy wszedł książę Azo i drżąc z zazdrości, zbliżył się aż do spadającej około niej draperii, kiedy ona podniosła drżący głos i w marzeniu miłosnem wymówiła imię tego, którego ubóstwiała, gdy rozbudzona litośną ręką, przerażona, zdziwiona zsunęła się ze swego posłania na ziemię i z włosami w nieładzie, z błędnemi oczyma rozpoczęła swego walca rozpaczy — czy Pani go pamięta? Taki szybki, tak dobrze na tę chwilę pomyślany, tchnący namiętnością, szaleństwem prawie — och, wtedy, wierzaj mi Pani, byłem przeniesiony daleko od Rzymu, daleko od tłumu, który mię otaczał i miałem jakby widzenie gorączkowe, jakby wszechpotężne objawienie przeszłości. Im dłużej trwała ta muzyka, jaśniejszym i dokładniejszym stawał się mój wzrok, tem wyraźniej oko w oko wpatrywałem się w twarze i miejscowości, które widziałem był razem. Niech będzie błogosławioną moja wyobraźnia; jeśli mi sprawiała męki, obdarzała mnie też i rozkoszą. Ma ona w sobie moc, która drwi z czasu i wydziera mu jego ofiary. Szczęśliwy byłem wczoraj wieczorem i dziś jeszcze wspomnienie cieni, które przesunęły się przed mojemi oczami, wywołane muzyką florencką, jest tak silne jak rzeczywistość była zupełną; trzeba ją było opisać, przesłać poza Alpy, trzeba było nadać jej kształt cielesny, wyraz, cel — Panią. I dlatego też ośmieliłem się pomyśleć o nudzeniu Pani listem, chociaż przed kilku zaledwie dniami napisałem był już inny.
Gdzie Pani przebywa? Co porabia? Jak zachodzi dzień w Pani salonie? Jak zarysowują się tam wieczorem cienie? Kto Panią odwiedza, komu Pani odpowiada? Kto Panią nudzi? Jakiego koloru suknię nosi Pani najczęściej? Jakie są ten most, te ulice, te aleje, przez które Pani przechodzi? Z jaką myślą budzi się Pani, a jaka jest ta, która sen Twój poprzedza?