Muszę to wszystko odgadywać. Jest pewna gorycz w odgadywaniu, a wątpliwość — to sam szatan!

Cierpię temi dniami dość silnie na piersi. Sauvan mówi mi, abym pozostał przez całe lato i jeszcze jedną zimę w Neapolu, i brał morskie kąpiele. Utrzymuje, że przepiszą je i Pani z pewnością. Och, przybądź Pani do Neapolu, do Livorno, bo mówią, że w Genui kąpiele są najmniej dobre. Zresztą mało się troszczę o moje oczy i piersi; nie umiałaby Pani wyobrazić sobie, czem noce stały się dla mnie. Nigdy snu, nigdy spoczynku, wieczna gorączka, pożerająca ciało i ducha. Ciągłe rozpaczliwe wysiłki, aby zapełnić przepaść, która dzieli osobę od jej widma, aby zatrzymać to widmo, by z niego stworzyć człowieka. Pigmalion niegdyś tak się męczył u stóp swego posągu. Podczas tych godzin, których jednakże nie chciałbym za nic na świecie zamienić, rozdziera mnie niepokój, niepewność, żale, nadzieje. Tam jedno słowo, tam spojrzenie, tam jedno dotknięcie fortepianu, tam wyraz twarzy — wszystko to odosobnione, następujące z kolei, porozdzielane, falujące w ciemności. A ja staram się połączyć to razem, uczynić z tego całość harmonijną, lecz na to potrzeba by być Bogiem. Czy pojmuje Pani to udręczenie, tę mękę Tantala, to dzieło, ciągle rozpoczynane, zawsze niedokończone? Powiedz mi Pani, czy to pojmujesz, czy doznałaś kiedy czegoś podobnego? Oh, niech aniołowie spokoju błogosławią Twój sen — niech wspomnienie będzie dla Pani kwiatem bez kolców!... Zostaw Pani cierpienie i tortury daremnych pragnień, dalekich nadziei, życzeń niespełnionych tym, którzy zostali stworzeni na to, by się sami pożerali, by żyli ogniem i ginęli w płomieniach. Farewell — i przez miłosierdzie odpowiedz mi Pani!

Z. Kras.

103. Do Joanny Bobrowej

Rzym, 21 stycznia 1835 r.

Jakże Pani się bawi w Dreznie? Słyszałem, że tam jest p. Karol Chodkiewicz, pan Karol Drzewiecki, pan Karol Krasiński, mój dawny towarzysz podróży z Wenecji do Rzymu przeszłego roku; z dam podobno pani Drzewiecka i nasze dawne, miłe znajome, i pani Sobańska, której nie znam. Jej siostra wciąż we Florencji przyjaciółkuje królowym i królewnom i książętom rozmaitego gatunku.

W Rzymie towarzystwo zawsze jednakowe i nudne jednakowo, nieopisanie, nieskończenie. Panna Czacka jedna, z którą parę słów pomówić można, reszta dzikiego obyczaju. Jest tu jakaś księżna autorką romansu, który, jeśli Pani zapamiętała, pokazywałem Pani u Jugla w Frankfurcie — Vanda ou la superstition. Więcej głupstw, zawartych w dwóch tomach, nigdy nie czytałem. Z początku śmiech bierze, potem sen napada. Syn jej kupił sobie w tych dniach za 500 szkudów komanderię maltańską i krzyż, co dowodem wielkim rozsądku matki i rozumu jego samego. Dwa czy trzy razy byłem u tych państwa, od kiedym przybył do Rzymu — wywierają na mnie wrażenie zupełnie magnetyczne — zasypiam. Księżna Lubomirska coraz głębiej zapada — coraz mniej jej jest na ziemi. Zdaje się, jakoby już niedługo zagasnąć miała. Kiedy ją żegnam co wieczór, mówi mi zawsze: „Życzę ci, byś był szczęśliwszym ode mnie”. Wychudła, zbladła, rękoma ledwo że chustkę utrzyma, oczy jej zabite w głąb, a jednak ich spojrzenia dotąd coś anielsko-słodkiego zachowały i w jej mowie odbija się słodycz serca. Tak święte musiały niegdyś cierpieć i umierać.

W tym steku nud i odrętwiałości napadło mnie wielkie obrzydzenie do wszystkich figur, kołujących naokoło mnie. Często na zapytania tych dam odpowiadać nie mogę — głos mi staje w gardle, jak ość ryby i przedłużonem ziewnięciem zwykle wywikłuję się z tego położenia.

Stary Aigner grzeczniejszy ode mnie — i wszystkich sukcesów mu z serca życzę. Świat zresztą rzymski huczny bardzo i ciągle po balach szaleje. Bolesław Potocki pierwszym fashionablem131.

Nieraz sobie myślę: gdyby Pani tu była we Włoszech! Nigdy nie mogłem wyrozumieć, dlaczego Pani tak sobie umiłowała w tem Dreznie? Śniegi, błoto, jak u nas, a ludzie jak wszędzie — nudni; przynajmniej tu, wyszedłszy z ich grona, można powitać coś lepszego, spojrzeć na niebo i podziękować Panu Bogu za kompensację — ale tam, gdzie Pani jesteś, cóż ujrzysz? Na dole twarze, napiętnowane komerażu miernością — w górze szare chmury. Mój Boże! Nic nie znam podlejszego nad komeraże, nad kobiety, które, niedorozumiewając się nawet pięknego przeznaczenia swego, trawią życie na plotkach i maleńkich nienawiściach, i drobnych zemstach, i najdrobniejszych utarczkach. U Pani tego nigdy nie widziałem — chęci tej do podsłuchiwania jednych, do szarpania drugich nigdy nie widziałem — i dlatego, ile razy sobie Panią wystawiam wśród otaczających ją teraz osób, tyle razy zda mi się, że widzę anioła wśród ludzi lub człowieka wśród małp. Rozumiem, że Pani chroni się pod ołtarze Boga, w milczenie kościołów; lepsze milczenie grobów, niż gwar istot, co chwila widokiem swoim przypominających, do jakiego stopnia poniżenia i mierności człowiek dojść może.