Serca tych istot kąsane bywają mrówkami; widzę ich uczucia, gniewy, żądze, ruszające się żywo, biegnące, upadające, jak mrówki. I wartoż było się urodzić, by nosić w piersiach mrowisko!
Gdzież Pani myśli pojechać, wyruszywszy z Drezna, bo nie myślę, by tam już Pani osiadła na zawsze. Czy Alpy, czy Apeniny nie obaczą już Pani nigdy? Czy gondola wenecka, kołysząc się smętnie, nie doczeka się powrotu tej, którą unosiła po falach Adriatyku? Czy w grocie lazurowej, tym najpiękniejszym kościele Pana wszech piękności, nie pomodli się już nigdy Pani jego dziwom? Ja, co się stanie ze mną, nie wiem. — Ja żyję od dnia do dnia — przeszłość mam za sobą i często tulę się do pamięci, ale przyszłości nie mam; to jedno wiem, że nigdy nie przestanę być wdzięcznym tym, którzy łaskawymi mi byli, że nigdy nie przestanę czcić ich wspomnienia i żądać, by na powrót zjawiły się dnie, przepędzone przy ich boku. Niech Pani czasem myśli o tem, że Ją tyle razy znudziłem, a teraz Ją żegnam i powolne służby moje Jej zalecam.
Zyg. Kras.
104. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 8 marca 1835
Z najgłębszym smutkiem dowiedziałem się o pogorszonym stanie zdrowia Pani. Skąd ta słabość tak nagła przypadła właśnie wtedy, kiedy zdawało się, że Pani już zupełnie do sił wracasz? Skąd te tak ponure przeczucia, które niechaj Bóg odwróci? Rad bym szczegółowiej co wiedzieć, bym mógł o tem z Sauvanem pomówić, bym zarazem mógł walczyć choć z daleka, choć słowami z myślami posępnemi, które Panią trapią, które srożej niż ból fizyczny prowadzą do zniszczenia ciała, do przetrawienia duszy. Srogie bywają złudzenia na tej ziemi! Często wydarza się, że najwyższa, że najpiękniejsza prawda, dostawszy się w ręce ludzi takie przybiera pozory, tak okropnemi obleka się kształty, że miasto słodyczy i pociechy jad i fałsz tylko z siebie sączy. Widziałem już kilka takich przykładów(!) — i dzisiaj mam jeden, okropny, ciągły przed oczyma — księżnę Lubomirską. To, co miało być rajem jej chwil ostatnich, nadzieją jej lat podeszłych, stało się zgubą, trucizną, przeszkodą do wszelkiego działania, spętaniem jej myśli wszystkich, więzami jej woli. Księża jezuici rzymscy zgubili tę anielską istotę. Umysł jej przyzwyczaił się pod ich wpływem do ciągłych powątpiewań o własnej sile i czystości, do walk bez zwycięstwa, do smętności bez światła, do wahań się nad każdą rzeczą, zwanych skrupułami, do rozbierania najdrobniejszych postępków, życzeń, myśli własnych, do wyszukiwania grzechów tam, gdzie ich nie było, do wyrzucania sobie każdego słowa powiedzianego, każdego czynu popełnionego i w tej analizie bez końca, w tej mozolnej pracy ducha bez pożytku, w tem rozsypywaniu umysłu swego na garsteczki piasku, upadła siła przewodnicząca duszy, kiedy jest razem skupioną i jedną, zatracił się rozum, wola działać ustała, zostało się tylko serce anioła, szarpane zgryzotami urojonemi co do istoty swojej, ale prawdziwemi co do bólu, który sprawiają, podobnemi do tych, których chyba szatan w piekle doznaje. O takie życie, gorsze niż letarg ciągły, niż śmierć sama, przyprawili ją dozorcy jej sumienia, ludzie to ograniczeni w swoich pojęciach, to interesem wiedzeni, to rozkoszujący się w myśli podbicia jej duszy swojemu absolutyzmowi, bo ostatnią rozkoszą księdza, który nie jest świątobliwym mężem na tej ziemi — a takich bardzo mała liczba — jest, wszystkie napotkane dusze podciągać pod władzę swoją.
W każdym zawodzie człowiek, który nie odrzucił zupełnie świeckich namiętności i świeckiej pychy, dąży do tego — zdobywca podbija narody, adwokat sędziów i strony przeciwne, doktor osoby, które leczy, fashionable elegantki i młodszych od siebie, wchodzących do świata, ksiądz osoby, które spowiadają się jemu, a ze wszystkich tych najwięcej pokusy ma ksiądz do tego i może bym go uniewinnił łatwiej, co nie przeszkadza temu, że jego wpływ często bywa okrutnym, szkaradnym, niezgodnym z miłosierdziem boskiem, co nań włożyło obowiązek zbawiania, pocieszania a nie mordowania i opętywania, bo ksiądz jest samotnym, a zatem pyszniejszym od innych i chciwszym powodzeń — powodzeniem zaś jedynem dla niego jest duszę oderwać od wszystkiego, otoczyć strachem i sobie przywłaszczyć — do czego dojść nie może, jeśli jej wolności nie wydrze, jeśli w niej woli nie zabije. Dusza, w której to nieszczęście się dopełniło, mojem zdaniem, oddaliła się ogromnie od Boga. Wszystko, co osłabia jej siłę do czynów, jej potęgę co do myśli, jej sprężystość co do niepodległego ruchu, odsuwa ją od nieśmiertelnych celów, czyni ją bojaźliwą i pomieszaną, wprowadza ją w stan obłędu i chorowitości, który w końcu przechodzi w letarg, w martwość, w brak wszelkiej żądzy, nadziei, w rozpacz milczącą — i taka dusza w chwili zgonu nie ujrzy Boga, bo żyć trza, by wiedzieć, by pojąć wszechmocne życie. Nad taką duszą może przez wieki całe Anioł-Stróż płacze, nim się rozbudzi, nim zdoła rozgmatwać to, co tu na ziemi dyrektor sumienia zasklepił i powikłał.
To wszystko żadnego związku nie ma z religią, tak jak złe wiersze żadnego wspólnictwa nie mają z poezją, tak jak wszystkie błędy i usterki ludzkie żadnego uczestnictwa nie mają w mądrości i piękności boskiej. Bóg miłości i przebaczenia żyje na wysokościach niebios i gotuje nam nagrody i kiedyś, jak ojciec, nas wszystkich przyciśnie do łona, ale ludzie, którzy w imieniu jego na tym świecie rozwiązują i zawiązują są słabymi, nieoświeconymi lub złymi, podłymi tak, jak reszta towarzystwa. Dlatego choć spowiadać się należy, choć spowiedź jest może najszczytniejszą chwilą dla duszy porzuconej wśród tylu nieszczęść i omamień, myślę jednak, że przybranie człowieka, zwanego dyrektorem sumienia, jest niebezpieczną rzeczą — jest narażeniem się częściej na odpadnięcie od Boga, niż na przybliżenie się do niego. Nie ma głębszego i ciemniejszego grobu nad ten, który sama dusza wykopuje pod sobą, kiedy raz podda się niewoli, wyrzecze się swoich praw własnych i zacznie lękać się, nie dowierzać, bać się Boga a nie kochać jego. Bojaźń jest wbrew przeciwną miłości, poniża, zaciera, obraca w popiół, upadla. Miłość zaś podnosi, wolności nie odbiera, owszem każe być niepodległym i w tej niepodległości kochać namiętnie.
Czyż można sobie wyobrazić, by Pan kiedyś powitał łaskawie duszę, która rzeknie do niego: „Panie, lękałam się kar Twoich — piekło, czyściec sny moje rozdzierał, palił mnie już na ziemi i w drżeniu, w wstręcie do nich przystałam na Twoje przykazania”. — Ta, która powie: „Kochałam Cię, Panie — w miłości Twojej niechaj rozpłyną się moje przestępstwa, bo czułam Ciebie i kochałam Cię, Boże” — ta ujrzy chwałę i zasiądzie na tronie nieśmiertelności.
Nastręczone mi są te uwagi nieco podobne do kazania przez widok codzienny dogorywającej księżnej. O, strzeż się Pani takiego stanu — o, uwierz głosowi mojemu! Nie dorywczo, nie w roztargnieniu ja mówię te słowa. Długo nad tem myślałem, młodość moja przeszła na srogich cierpieniach, na modłach do Boga i dzisiaj zawsze moje kolana gotowe zgiąć się przed Tym, który jest pięknością bez granic, bez końca — ale ludziom, co czarno ubrani i krzyż noszą na piersiach, nie w sercu — mało bym zaufał. Księża po większej części są dumnymi jak tyrani, złośliwymi jak karły. Ich pokora jest udaniem, bo takiej pokory przybrać prawdziwie nikt inny by nie mógł, jak święty — a gdzież świętego szukać w XIX. wieku, w wieku egoizmu i podłości i niedowiarstwa.