Zmiłuj się Pani — czytaj Fenelona, czytaj ewangelię, módl się, ale sama; spowiadaj się, ale sama. Niechaj nad duszą Pani nikt nie rozpostrze opieki swojej zgubnej. Ta opieka jednemu tylko, Ojcu naszemu, Ojcu, który jest w niebiesiech, się należy. Aniołowi swemu, Marii, matce Chrystusa, powierzaj Pani swe myśli, cierpienia, dumania, ale nie człowiekowi, co dybie na Ciebie, jak na zdobycz, jak na moralną ofiarę swej dumy i zgryźliwości. Starych panien strzeż się zawsze, Pani, a staremi pannami dziś są królowie i księża.
Niechaj Bóg odwróci to gorzkie przeczucie duszy mojej, ale patrząc na księżnę Lubomirską, kiedy łzy do ócz mi się cisną, kiedy zrywa się ona i chwyta mnie za ręce i woła ratunku, którego dać jej nie mogę, nieraz przyszło mi na myśl, że widzę Panią, że to Pani tak znękana, obłąkana, nieszczęśliwa — że już proroctwo może się spełniło, że stoję przy Pani i że jej zbawić już nic nie potrafi... Ale to są czarne marzenia, wylęgłe z fatalnych spleenów moich. Tego nigdy nie będzie — siły tylko trzeba i prawdziwego poznania Boga, a Boga poznaje się cichą, samotną myślą i gorącą prośbą o łaskę Jego. O, jakże smutno uchodzą mi dnie i wieczory; zawsze jestem nad grobem tych, których bym chciał szczęśliwymi ujrzeć, zawsze cierpienia ich i jęki, czy z bliska, czy z daleka. Dosyć już moich własnych. Dlaczegóż przeznaczenie nie uwieńczy ich tą cząstką szczęścia, która mnie się przynależała, a której nie dostanę nigdy! Zdaje się, że księżnę będę musiał wywieść do Neapolu z sobą. Ten jedyny ratunek pozostał; trza się oderwać od jezuitów tutejszych, ale to lampa gasnąca — niedługo już tleć będzie — przewiduję, że skona w ręku mojem... może nie poznając mnie, może nie wiedząc, ani gdzie jest, ani gdzie idzie!
Przed kilkoma dniami, o 1-szej po północy, w ciasnej uliczce obok Piazza di Spagna napadł na mnie człowiek, który, jak się później wykazało; wziął mnie za Włocha, który tego samego dnia zadał mu był, kłócąc się z nim, lekką ranę w szyję. Nie miałem ni broni, ni kija nawet, ale zaraz w pierwszej chwili uniknąłem jego rzutu i skoczywszy nań, wyrwałem mu po dość długiem pasowaniu się pałkę sękatą, przeznaczoną moim skroniom. Wtedy schylił się ku nogom moim, płaszcz mój zebrał w ramiona i głowę mi jego fałdami obwinął tak zręcznie, żem splątany, oślepiony, myślał przez chwilę, że już mi przyjdzie upaść na ziemię, ale szczęściem rozerwałem klamrę na piersiach i płaszcz upadł na ziemię między nami oboma. Wtedy on, po dostaniu kilka razy własną pałką, uciekać zaczął. Ja goniłem za nim aż na Babuino. Tam go jacyś ludzie przytrzymali i dopiero wtedy poznał, że mnie nie zna i że nieznanego chciał zabić. Po tych wszystkich objaśnieniach puścić go kazałem — żal mi było go do policji oddawać — sam zaś na miejsce bójki wróciwszy nie zastałem już płaszcza mego. Jakiś Włoch, amator, musiał go sobie przywłaszczyć w mojej nieprzytomności. Wróciłem więc do domu dosyć zły z zamiany płaszcza na pałkę. Lubiłem ja ten płaszcz sieraczkowy mój, stary i podarty. Ileż razy mi służył na gondolach w Wenecji, w podróżach do Ems, do Spa etc. etc. — Ma Pani dowód, że geniusz awantur służy mi wiernie zawsze.
Niech Pani będzie łaskawa i opisze mi szczegółowiej wszystko, co Jej dolega. Niech Pani pocieszy minie doniesieniem, że lepiej się miewa, że wraca do sił, zdrowia i do spokojnej, dobrej myśli. Odległość jest męką — podwaja obawy i niepewność. O trzysta mil każda choroba jest śmiertelną. O, gdybym mógł otoczyć Panią wiosną, co tu kwitnie, zmartwychwstałabyś Pani z łoża boleści! Sam tej wiosny nie czuję, mógłbym ją tylko uczuć dla drugich.
Zyg. Kras.
105. Do Joanny Bobrowej
Neapol, 30 marca 1835
Jestem na wybrzeżach, które Pani lubiła. Potrzeba mi tylko oderwać wzrok od tej karty, aby zobaczyć od razu Capri i Wezuwiusz i całą zatokę Neapolitańską. Mieszkam w domu najbardziej z całego miasta wysuniętym, ponieważ jest zbudowany na części skały, wystającej z morza. Jest to willa di Roma a S-ta Lucia. Piękną jest zaiste przyroda w tych stronach — lecz trzeba być bardzo młodym i bardzo naiwnym, aby żyć w przyrodzie i nic nadto nie żądać. Są jednak chwile, kiedy ogrom tego widoku, tak urozmaiconego i tak wspaniałego na przemian, uderza mnie wprost w serce. W tem morzu jest coś z wieczności. Potem, gdy poruszone lekkim wietrzykiem, przerywając swą ciszę i nieruchomość, kołysze się i rozdziela na lekkie i wdzięczne fale, przychodzi mi na myśl wziąć je za kobietę, tak barwy jego są nieokreślone, miłe, zmienne, tak w każdej chwili jego odcienia i zarysy znikome zdają się zwodniczemi i gotowemi zniknąć na zawsze — i wtedy rzucam na nie spojrzenie smutku. Oh, wśród tych kwiecistych, palących wybrzeży, wobec tylu ponęt, potrzeba by mieć w sercu radość gwałtowną, a w duchu życie potężne. Wówczas pojmuję, że można być chwil kilka szczęśliwym w Neapolu. Co do mnie, pojąć Pani nie zdoła, jaki wpływ wywierają te miejscowości na myśl moją. Wszędy czytam tylko ponure przepowiednie. Ta równina lazurowa, wytworzona przez wonne wiatry u stóp czarnej góry, to rozkosz w objęciach śmierci, to raj ludzki u progu piekieł. Wspaniałym jest ten znak boży, który co chwila, jak srebrna kolumna, z łona ziemi wznosi się ku niebiosom i rozwija się tam w posępne obłoki. Gdy noc nadchodzi, jest to słup ognisty, który w górze rysuje czerwonawe światła, a na dole w głębi wód się odbija.
Dziś, jak przed wiekami, wszystko, co tylko jest pięknego i miłego na tych brzegach, jest przeznaczone na zagładę przez śmierć gwałtowną. Zawsze to jest świeża Pompeja, piękna Pompeja, strojąca się w wieńce i festony w wigilię dnia, który będzie dla niej ostatnim.
Na tej ziemi cieniem znikomym jest wszystko, od skromnej stokrotki aż do wulkanu. Ludy i przyrody mijają, odradzają się i odchodzą. Przyroda więcej ma sił, długi czas jest widownią, na której się miotają miliony istot, z roku na rok więdnących, kiedy ona sama więdnie w przeciągu całych miriadów stuleci. Ale u kresu, to w ostateczności wszystko jedno! Jedna jest tylko rzecz wieczna, niewzruszona, nie ginąca — to serce jednostki, myśl ludzka, bo ona nie podlega ani przestrzeni, ani czasowi — dla niej nie może być końca, chybaby się sama zabiła. Wszystko, co żyje istnieniem widocznem i namacalnem, podlega działaniom zewnętrznym i obcej mocy, które mogą je zmienić i w proch obrócić. Lecz duszy nic zniszczyć nie zdoła na świecie — tylko ona samą siebie. Z niemocy w niemoc duch ludzki dąży niechybnie do samobójstwa. Serce, które więdnie, które zapada samo w siebie i rozpacza pod własnym ciężarem, nie złamie się, lecz zaśnie i stanie się zeschłym kwiatem. Bóg wie, czy serce takie odzyska swe tętno w dzień chwały i zmartwychwstania?