Treścią duszy jest ruch, pragnienie, działalność w każdym kierunku — bez tego nic ona nie może. Obojętność więc gorszą jest od zła, sen gorszym od szaleństwa. A gdy widzę istotę, która zasypia, serce moje krwawi się za nią, brak mi łez, aby opłakać tę stratę. Ona, nieszczęsna, nie wie, dokąd idzie, co ją czeka, co jej zagraża. Nie wie, że wyrzeka się swych praw ludzkich na tym, a boskich na tamtym świecie. Przepaść, w którą się wpada i skąd wydaje się krzyk boleści, niczem jest jeszcze w porównaniu z nicością, z letargiem. Do chwili, w której się cierpi jeszcze, jest nadzieja — bo cierpieć — to czuć, czuć — to istnieć, istnieć — to być ogniwem w łańcuchu istot, przeznaczonych do nieśmiertelnej przyszłości. Lecz, gdy powieki opadają, gdy wszystko, co stanowiło naszą radość lub nieszczęście, to wszystko, co mogło nas kiedyś wzruszać, ściemnia się, maleje, ginie w naszej pamięci, gdy dochodzimy do smutnej możności zachowania zimnej krwi względem pewnych rzeczy lub osób lub wzruszeń, gdy imię, które było nam drogie, staje się pospolitym dźwiękiem, gdy pragnienia, któreśmy żywili, przestają nas wzruszać, gdy modlitwa drży omdlewająco na naszych wargach, gdy od silnych, potężnych myśli przechodzimy do komunałów, gdy wreszcie pochylamy głowę i wzywamy zapomnienia dla uszu naszych — wtedy biada nam, wtedy zaczyna się zmrok naszego życia, wieczór naszej duszy, a noc, która ma nastąpić, będzie ponurą i niemą. Nie daj, Boże, aby była wieczną!
Piszę te słowa, spoglądając na najwspanialszy z tworów ziemskich. Przeczuwając nieskończone piękno, którego ten widok jest tylko gęstą zasłoną, słabem odbiciem, zabłąkanym dźwiękiem, pozwoliłem sobie na te myśli, które, jakkolwiek w małej pozostają z nim harmonii, są jednak jego fatalnym wynikiem. Jak to morze jest wielkie i uroczyste! Ileż majestatu w jego równomiernych i olbrzymich ruchach! Ręka Boga spoczywa na jego czole aż do chwili, gdy ją zdejmie, by je oddać burzom. Niechże błogosławieństwo Boga będzie i wokoło Pani! Nie lękaj się Pani niczego! Trenta Tre ciągle modlą się za Panią.
Zygm. Kras.
Czy ten bałamut Jugiel przysłał Pani książkę?
106. Do Joanny Bobrowej
Neapol, 21 kwietnia 1835
Chciałbym, aby oddano Pani ten list 7 maja. Przed rokiem w tym samym dniu raczyła Pani przyjąć ode mnie trochę ofiarowanych Jej kwiatów.
Te, które teraz Pani posyłam, zerwałem u stóp Wezuwiusza. Przybędą do Pani zeschłe i spłowiałe, jak wszystkie nadzieje, jak cała przyszłość tego, który pisze do Pani. Niech Pani wybaczy to pisanie. Lecz w przeciągu krótkiego czasu — dwóch tygodni — zszedłem znów do tego samego punktu, na którym byłem, gdym ujrzał Panią po raz pierwszy.
Zdaje się, że los raczył mi przyznać zaledwie rok wytchnienia, aby tem bardziej przygnieść mnie potem, a to morze, tak piękne dla wszystkich, dla mnie jest tylko jakby piekłem, gdy błyszczy w słońcu.
Trenta Tre modlą się ciągle za Panią. Przepowiedziały szczęście dla Lolly i dla Mimi, a mnie nie dały żadnej odpowiedzi, gdym zażądał wiadomości o sobie.