Przyślij mi adres matki, który zgubiłem, to się dowiem, jak się miewa i co robi. Danielewicz serdecznie Cię ściska. Jeśli posłyszysz o jakim sądzie względem Komedii, to mi napisz i wyszczególnij.

108. Do Henryka Reeve’a

Neapol, 4 maja 1835 r.

Drogi Henryku!

Nareszcie, nareszcie doszedł do mnie list Twój wczoraj. Po długiem oczekiwaniu rzeczy, które były przyzwyczajeniem, stają się wzruszeniem i niespodzianką. Donosisz mi o tysiącu rzeczy i nazwisk. Zmartwiła mię wiadomość o Twej chorobie. Strzeż się tej choroby; wciska się ostrożnie i powoli, a nagle nadchodzi chwila, gdy nie ma już ratunku. Mam nadzieję, że jest to silny katar zaniedbany. Przez miłość dla matki swojej nie myśl o pociechach, które by jej się zostały po stracie jedynego syna, lecz raczej myśl o tem, byś był jej podporą, chwałą i duszą jej istnienia. Winienem jej nieskończoną wdzięczność za zawiadomienie Cię o tem, że się o Ciebie niepokoję. Podziękuj jej w mojem imieniu z całego serca.

A teraz przechodzę do tej panny Jaskwicz. Oczywiście, to Ankwicz, córka tego starego szlachcica, który był obecny, jeśli sobie przypominasz na jednej łodzi wraz z Odyńcem i Klustinem przy pożarze mej szalupy, w której znajdowałem się z Augustem Z. Poprawiwszy ortografię nazwiska, przechodzę do nieprawdy wiadomości. Od tego dnia nie wiem jaki diabeł opętał tę rodzinę i wzbudził w niej nadzieję, że wcześniej lub później zostanę jej zięciem. W Niemczech, we Włoszech, na ziemi i na morzu gonili za mną westchnieniami, czułemi spojrzeniami i obsypywali mię uprzejmościami, zaproszeniami etc. Zrobiłem wszystko, co mogłem, by im dowieść, że jestem im wdzięczny, jako przyjaciel lub znajomy domu, ale że nigdy pierścień ślubny nie przejdzie przez koniuszek mego palca. Ale co można zrobić z ludźmi ślepymi? Z matką, która ubóstwia swoją córkę i prawdopodobnie czyta w gwiazdach, że będę jej mężem. Z młodą dziewczyną, egzaltowaną, przepojoną Byronem, zatopioną w Moorze, umiejącą na pamięć starożytności i znającą historię według dat i minut. Zresztą dobrzy i przyzwoici ludzie o doskonale z lewej strony umieszczonem sercu, bogaci gościnni, ziemianie, ale mylący się diabelnie co do wyroków Przeznaczenia. Zapewne słyszałeś o tej sprawie przez Montalamberta, ich wielkiego przyjaciela. Jest to ta sama osoba, w której Mickiewicz tak szalenie kochał się w Rzymie pięć lat temu. Właśnie mniej więcej w tym czasie zapoznałem się z nimi. Przypominasz sobie może, że w tym okresie Henrieta Willan była dla mnie słodkim i pociągającym obrazem. Przypominasz sobie może, że nosiłem na palcu pierścień z jej imieniem, który mi dała. Pierścień ten dnia pewnego zobaczyła tamta panna. Obie noszą to samo imię. Z tego zwykłego wypadku wynikł szereg nieskończony nadziei dla tej rodziny, szereg, którego nic przerwać nie mogło, ani obojętność moja, umyślnie okazywana, ani inne miłostki moje, odgrywające się pod ich nosem, ani tysiąc innych dowodów, jeden od drugiego wyraźniejszy. Bóg mi świadkiem, że zawsze starałem się wyprowadzić ich z błędu, i że nie ma winy mojej w tej historii przykrej dla mnie, a smutnej dla tej panny, która odmówiła kilku konkurentom, nie wysłuchała westchnień Mickiewicza i zmusiła go w końcu do ożenienia się z inną, wszystko dla niepewnej nadziei, nie zawierającej nawet cienia możliwości.

Piszę Ci to wszystko, byś wiedział, co o tem myśleć, jeśli kiedyś usłyszysz między Polakami, że zarzucają Zygm. Krasińskiemu unieszczęśliwienie panny Ankwicz. Nic wówczas nie odpowiadaj, daj ludziom mówić, ale miej to przekonanie w sobie, że przyjaciel Twój niezdolny jest uczynić rzecz podobną i że wszystkie jego wysiłki skierowane były na to, by otworzyć oczy tej upartej matce i tej upartej córce. Zresztą, powtarzam, są to osoby bardzo przyzwoite, bardzo bogate i bardzo dobre. Przez tę ostatnią miałem Ci przesłać załączony bilecik, który teraz posyłam wprost, by dowieść, że nigdy o Tobie myśleć nie przestałem.

A teraz przejdziemy do czegoś innego. Jest tu klasztor „Sepolte vive”; nazywają się one „Trenta tre” i jedna z nich, signora Agata, przepowiada przyszłość. Byłem tam. Kobieta, którą kocham i o której tyle razy Ci mówiłem, jest chora. Wymówiłem jej imię chrzestne u krat klauzury. Byłem oddzielony przepierzeniem od zakonnicy, której nie wolno oglądać twarzy ludzkiej; natychmiast głos jej dźwięk zmienia, inny się staje; woła, że czuje się bliską omdlenia, że serce się ściska, ale że dla niej Boga wzywać będzie. Po dziesięciu dniach powracam. Wówczas zakonnica obwieszcza mi, że ona umrze z tej choroby. Od tego dnia powróciłem razy dziesięć i zawsze powtarzano mi to posępne proroctwo. Kobieta ta nie wie, co to za choroba, wie o niej tylko, jakie imię chrzestne nosi, a wszystko odgadła. „Jest młoda, jest czuła, jest pełna miłości. Śmierć jej będzie ciężka”. Oto jej ostatnie słowa. A później o mnie, o ojcu moim powiedziała mi rzeczy dziwne, natchnienia mistycznego dowodzące, gdyż inaczej, należałoby przypuszczać, że jest obeznana z historią i polityką, co nieprawdopodobne, co niemożliwe, gdyż po przejściu chwil proroczych kobieta to prosta i ciemna, jak chłopka. Wiadomości, otrzymane przeze mnie od tej, która ma umrzeć młodo, potwierdzają słowa proroctwa. Choroba jej zaostrza się i powoli dokonywa swego okropnego zniszczenia. Cóż powiesz o tem, Henryku? Czyż posty i zamknięcie bardziej zbliżają do nieba, niż działanie?

Czytałem w tych dniach Herdera. Potężny to geniusz, występujący zaciekle przeciwko katolicyzmowi, przyznający Chrystusowi niewiele, ale podniosły swą powagą, potężny rozumem, przecinający zaostrzonym mieczem noc czasów, sędzia nieubłagany nikczemności i zbrodni, prorok czasami, zawsze świeży i majestatyczny, stojący ponad wszystkiem, w gruncie rzeczy materialista, zaczynający od materii i opierający na niej wszystkie konsekwencje duchowe, człowiek, który miał coś z Pytagorasa, coś z Arystotelesa, a nie z Platona, człowiek stworzony do rytmu i liczby, człowiek rozumiejący świątynię egipską i Fatum greckie, ale nienawidzący mroków katedr gotyckich, może dlatego, że zbyt się przyzwyczaił przez łatwość swego poetyckiego talentu do uważania poezji wyłącznie za formę, za narzędzie, podczas gdy poezja jest, ponieważ jest, a nie inaczej.

Ukazało się właśnie u Pinarda w Paryżu dzieło, zatytułowane Comedie non divine, po polsku Nieboska Komedia, które Ci polecam. Życzyłbym sobie, żebyś je sprowadził i poprosił Waleriana lub kogo innego o przełożenie przy czytaniu. Uczyń tak, proszę, i sąd mi swój prześlij! To niedługie, ma zaledwie sto sześćdziesiąt cztery stron. Gdybyś skądinąd o tem słyszał, napisz mi, co o tem powiedziano, to mię nieskończenie interesuje. Lecz „Bezbożnikiem ten, kto tajemnice Cerery...”. Jeśli przypominasz sobie Horacego, przypomnij sobie tę cytatę i strzeż się języków!